Etykiety

3.10.2011

"Ich noce" (1934)



"Buntowniczka Ellie Andrews poślubia Kinga Wesleya, ale jej bogaty ojciec unieważnia ich związek. Zdesperowana dziewczyna postanawia uciec od rodziny i wyjechać do Nowego Jorku, gdzie jest King. W autobusie spotyka dziennikarza Petera Warne'a, który stawia jej ultimatum, albo ona zgodzi się podróżować z nim, albo on wyda ją jej ojcu. Warne ma nadzieję na zdobycie materiału na świetny artykuł, ale nie przewidział, że zakocha się w Ellie... "Ich noce" to pierwszy film, któremu udało się zdobyć pięć najważniejszych Oscarów - za najlepszy film, reżyserię, scenariusz, głównego aktora i aktorkę. Wyczyn ten powtórzony został dopiero w 1976 roku przez "Lot nad kukułczym gniazdem" oraz w 1992 roku, przez "Milczenie owiec". Kiedy Gable - symbol męskości, zdjął koszule w jednej ze scen i okazało się, że nie ma na sobie podkoszulka, sprzedaż tego produktu w USA spadła drastycznie. Odtąd prawdziwi mężczyźni odmówili noszenia tej części garderoby. Clark Gable, który w owym czasie miał podpisany kontrakt z MGM, został wypożyczony Columbii do tego filmu. Była to "kara" za niesubordynacje i odmowę zagrania w kilku projektach MGM. Kara okazała się darem (w postaci Oscara) dla Gable'a"


Cudowny! Historia może dość banalna, (i bardzo podobna do tej, opowiedzianej w "Rzymskich wakacjach" z Audrey Hepburn) lecz zagrana tak rewelacyjnie, zarówno przez Gable'a jak i Colbert, że oglądało się ją z przyjemnością. Nie mam żadnych wątpliwości, czemu ten film otrzymał aż 5 Oscarów! Role, grane przez Gable'a zawsze mnie poruszają (patrz: "Przeminęło z wiatrem"), bowiem gra w nich mężczyzn z charakterem, buntowników odstających od reszty a zarazem szarmanckich i troszczących się o kobiety (uroku zresztą też bardzo trudno mu odmówić). Nie wiem jak Wy, ale mi trudno znaleźć takich wśród dzisiejszych, amerykańskich gwiazd.
Film czekał na mnie już jakiś czas i bardzo się cieszę, że w końcu go obejrzałam. Nie nudziłam się na nim nawet przez chwilę, a bywały nawet momenty niekontrolowanego wybuchu śmiechu. Rewelacyjna, lekka komedia, którą polecam Wam w takie pochmurne i deszczowe (przynajmniej w Łodzi mamy taką pogodę) dni jak dziś.

ps: oglądałam ostatnio "Czarnego łabędzia". Nie spodobał mi się do tego stopnia, że nie będę o nim pisać. Chyba za dużo od niego oczekiwałam nasłuchując się tysięcy pozytywnych recenzji na jego temat. Odtwórczyni głównej roli zasłużenie otrzymała Oscara, tutaj nie mam żadnych wątpliwości ( bardzo podobała mi się także ścieżka dźwiękowa). Jednak sam film, według mnie, pozostawia dużo do życzenia...


3.07.2011

Happiness and relax


Jak ja lubię takie dni jak dziś, kiedy wracając do domu nic nie muszę i mam czas na wszystkie słabostki i zasłużony odpoczynek. Sesję uznaję za zakończoną! Dziś zaliczyłam ostatni egzamin z przedmiotu Gene Expression Regulations:) (studiuje w języku angielskim). Jak tylko wróciłam do domu, poczułam cudowną błogość... Narzeczony podał mi pyszną kawusię z pianką i rewelacyjne ciasto z musem cytrynowym. Dzisiejszy wieczór planuje poświęcić na lekturę "Nauki po prostu" oraz "Jaśków" (przecież nie każda lektura musi być ambitna, prawda?:P).
Naładuje akumulatory i pozytywnie nastroje się na długi i bardzo ciężki tydzień, który zresztą trochę mnie przeraża. Czekają mnie zajęcia na uczelni, praca w firmie, 2 godziny korepetycji z japońskiego, francuskiego i angielskiego i praca na portalu. Od jakiegoś czasu potrafię wszystko pogodzić i nie przejmuje się niepowodzeniami. Najważniejsze w życiu jest to, aby człowiek robił to, co kocha i cieszył się tym...wszystko inne da się przeskoczyć:)

3.05.2011

Wiosno przybywaj!



Na dworze mróz aż strach. Szczerze mówiąc, liczyłam na rychłe przybycie wiosny i niestety... zawiodłam się. Siedzę w mieszkaniu zagłębiając się w nauce, obowiązkach i przyjemnościach. Jednak wolałabym robić to wszystko na powietrzu, oświetlana przez promienie słońca. Oglądam moje zdjęcia z wakacji i strasznie za nimi tęsknie. Nie tylko za beztroską, bo tej również mi brakuje, ale za ciepłem, zapachem kwiatów i owoców. A tu co? Ciemno na dworze i temperatura ujemna... ani widu ani słychu poprawy. Przed chwilą słyszałam, że od jutra ma padać śnieg. Pozostawię to bez komentarza.
Jak mówią - Co nas nie zabije, to wzmocni! Staram się więc uzbroić w cierpliwość i uprzyjemniać sobie czas na różne sposoby. Dziś, oprócz czytania "Nauki po prostu", zafundowałam sobie pyszną latte z pistacjową czekoladą obsypaną kawałkami gorzkiej czekolady, brązowym cukrem i pianą do sufitu. Niby drobnostka a potrafi tak bardzo wpłynąć na mój nastrój.
Ostatnio sporo czasu poświęcam na myślenie o moim weselu. Wielki dzień zbliża się nieubłaganie, a ja kompletnie nie przejmuje się tym, czym powinna panna młoda. Kompletnie o tym nie myślę, ani o sukni ani o wystroju sali, orkiestrze....absolutnie o niczym. Nie jestem zwolenniczką wesel, ale jako jedynaczka zostałabym wydziedziczona, gdybym nie miała kościelnego ślubu z wielką pompą. Trudno, jakoś przeżyje. Najbardziej śmieszy mnie to, że na weselu 90% gości to osoby, z którymi się widzę raz na pół roku(albo rzadziej) i dziwnie, będzie dzielić z nimi tak ważny dla mnie dzień. Jednak więzy krwi to nie wszystko. Widać, jestem mało rodzinna. Staram się jednak nastroić pozytywnie i myśleć o tym dniu jako o czymś niezwykłym dla mnie i mojego narzeczonego. Impreza jest przecież dla gości, a nie dla nas. Może coś nam odbije i uciekniemy po mszy w długą podróż poślubną i tyle nas będą widzieć....wcale nie głupi ten pomysł;)

3.04.2011

"Śniadanie u Tiffany'ego" Truman Capote



"Opublikowana w 1958 r. powieść "Śniadanie u Tiffany'ego" szybko trafiła na listę bestsellerów. Historia młodej Amerykanki wiodącej karnawałowe życie w Nowym Jorku, łamiącej serca mężczyznom i polującej na męża milionera urzekła też krytyków, którzy wskazywali, że to coś więcej niż wielkomiejskie story o wodzącej facetów za nos, cynicznej playgirl; że prezentowany przez Holly Golightly sposób na życie odzwierciedla jej lęk przed zwyczajnym dorosłym życiem, prozą ułożonej i spokojnej egzystencji. Zresztą tylko do czasu ułożonej, bo przecież nieodpornej na zrządzenia losu. Dziewczyna nie chce stabilizacji - co manifestuje m.in. dopiskiem "w podróży" na wizytówce - ale szuka poczucia bezpieczeństwa, które symbolizuje marzenie o zjedzeniu śniadania w sklepie Tiffany'ego, najpotężniejszego jubilera na świecie. Powieść Capote'a to także kapitalny obraz Nowego Jorku w latach 40. XX w., po którym oprowadza czytelników narrator-pisarz, sąsiad i przyjaciel Holly Golightly. "

Dobrze wiecie, że nie mogę zachować dystansu do książki, na podstawie której powstało piękne i niezapomniane dzieło z moją ukochaną Audrey w roli głównej. Przyznam szczerze, że najpierw obejrzałam film, potem przeczytałam książkę. Jestem pewna, że fabuły przybliżać Wam nie muszę. Jednak uwaga! Film troszeczkę różni się od oryginalnego "scenariusza" napisanego przez pana Trumana. Początkowo w roli Holly miała wystąpić Monroe, ale na szczęście reżyser podjął słuszną decyzję. Audrey nadaje postaci Holly subtelności i delikatności i nie wyobrażam sobie tego filmu bez niej. Swoją drogą zarówno książka jak i film wprowadzają w nasze życie tyle kolorów, optymizmu, pokazuje jak należy cieszyć się życiem, nie przejmując się drobnostkami i szybko zapominając o porażkach i złych chwilach. Ten film zawsze poprawiał mi nastrój i będzie do robił chyba do końca moich dni. Polecam bardzo gorąco!



Kocham "Moon river" śpiewaną przez Audrey w filmie. Mimo, że głosu operowego nie miała, to piosenka ma w sobie coś magicznego i coś, co sprawia, że chce się ją słuchać bez końca. Zgadzacie się ze mną?

3.02.2011

Muzyka na dziś

Idealna na takie wieczory jak dziś...

3.01.2011

"Dżuma" Albert Camus



"Niemal natychmiast po premierze "Dżumę" (1947) okrzyknięto jedną z najbardziej humanistycznych książek w historii literatury. Równie szybko dostrzeżono w niej nie tylko reminiscencje wojennych doświadczeń pisarza, ale uniwersalną opowieść o naturze człowieka. Paradoksalnie, kronikarska relacja z fikcyjnej epidemii dżumy pustoszącej algierski Oran w latach 40. XX w., pełna jest wątpliwości i pytań o naturę zła i zasadność wyborów etycznych, które nie ustają nawet po opanowaniu choroby. Bohaterowie powieści, mieszkańcy odciętego od świata portowego miasta, przyjmują różne postawy w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Od pełnego poświęcenia lekarza Rieux, bez względu na konsekwencje leczącego pacjentów, przez widzącego w zarazie karę boską i dotkniętego kryzysem wiary jezuitę Paneloux, po handlarza Cottarda, liczącego, że dzięki epidemii uniknie kary za nadużycia. Jak żyć w świecie, w którym zło i absurd są wszechobecne i niezniszczalne ("bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika")? - pyta Camus. I odpowiada postacią doktora Rieux, który podejmuje heroiczną walkę, mimo iż wie, że "zwycięstwa będą zawsze tymczasowe" i być może okupione najwyższą ceną. Ale tylko w ten sposób człowiek może ocalić człowieczeństwo i nadać sens swojej egzystencji."

Ciężko mi się ją czytało. Trudna lektura mówiąca o strachu, bólu, rozpaczy, braku nadziei i widmie epidemii. Panika i niepokój wręcz biją z każdej stronicy książki. Camus opisał to w bardzo niezwykły i ujmujący sposób, który trudno porównać do jakiegokolwiek innego pisarza. "Dżuma" mówi o ludziach, których los nagle stał się niepewny. Ludziach, którzy z dnia na dzień musieli zrezygnować ze swoich marzeń, porzucić ukochane osoby, wyzbyć się dotychczasowego życia. Ich codziennością stała się walka o przeżycie i strach o najbliższych. Dołująca, aczkolwiek godna polecania. Poniżej mała próbka.


"Ciała wrzucano pośpiesznie do dołów. Jeszcze nie doleciały do dna, gdy łopaty wapna spadały na twarze i ziemia pokrywała je anonimowo w owych jamach, które drążono coraz głębiej. Jednakże nieco później wypadło szukać czego innego i posunąć się jeszcze dalej. Zarządzenie prefektury wywłaszczyło posiadaczy koncesji na wieczność, ekshumowane szczątki poszły do krematoryjnego pieca. Wkrótce zmarłych na dżumę trzeba było odwozić do krematorium. Ale teraz musiano użyć starego pieca do spopielania zwłok, który znajdował się we wschodniej stronie miasta, za bramami. Posterunek straży przesunięto dalej, a pewien urzędnik merostwa ułatwił znacznie zadanie władz, radząc użyć tramwajów, które dawniej obsługiwały skalną drogę nadmorską i stały teraz bezużyteczne. W tym celu przystosowano wnętrza wozów motorowych i przyczep, usuwając siedzenia; linia zawracała przy piecu, który w ten sposób stał się stacją krańcową.
Pod koniec lata, podobnie jak podczas deszczów jesiennych, co noc skalną drogą wspinały się dziwne orszaki tramwajów bez pasażerów, kołysząc się nad morzem. Mieszkańcy dowiedzieli się w końcu, co to jest. I mimo patroli broniących wejścia na drogę ludzie dość często przedostawali się na skały sterczące nad falami i gdy przejeżdżały tramwaje, rzucali kwiaty do środka. Słychać było wówczas, jak tramwaje poskrzypują w letniej nocy, dźwigając ładunek kwiatów i trupów".

Powrót

Ojj nie było mnie jakiś czas. Luty minął mi tak szybko, że nawet nie zdążyłam się obejrzeć. Dzisiaj czytając Wasze blogi zdałam sobie sprawę, że bardzo długo nic nie pisałam. Niestety doszły mi dodatkowe obowiązki, którym muszę sprostać. Mam dla Was bardzo złe wieści, szczególnie dla miłośników moich kotków -Cynamona i Behemocika. Zostały otrute przez sąsiada, któremu widać chyba w czymś przeszkadzały. Jest mi tak niezmiernie przykro z tego powodu i bardzo mi ich brakuje. Nic się nie poradzi na ludzkie okrucieństwo....Ostatnio przez to mam troszkę podlejszy nastrój.
Witam Was niestety smutną nowiną chociaż mam nadzieję, że następne wpisy będą już optymistyczne.

2.13.2011

"Blondynka na Zanzibarze" Beata Pawlikowska



Do zakupienia tej książki skusiły mnie 3 rzeczy:
- na Zanzibarze urodził się Freddie Mercury
- uwielbiam panią Beatę i jej książki
- bardzo niska cena

Szczerze przyznam, że ostatnie tygodnie z racji sesji, pracy i innych obowiązków ostro dają mi po kościach. Czytając książki tej słynnej podróżniczki przenosimy się razem z nią na cudowne, piaszczyste plaże Zanzibaru. Słyszymy szum morza, dotykamy liści egzotycznych drzew i kosztujemy aromatycznych potraw. To był niesamowity relaks, kiedy w jednej godzinie siedziałam w świecie zakażeń odcewnikowych, a w drugiej rozmawiałam ze 100-letnim żółwiem z Zanzibaru,w kolejnej pochłonął mnie świat pneumokoków, a w następnej kupowałam piękne wazy na straganie;) Uwielbiam takie przerwy w nauce.
Wszystkim bez wyjątku polecam tę wspaniałą kolekcję w sam raz do czytania w podróży. Będzie ich 12! Mam w planach każdą jedną;)

Zgodnie z tematem. Strasznie lubię tę piosenkę:

ps: marzę o tym aby już wybił 28 luty i moja sesja dobiegła końca:)
ps2: "Dżumę" czyta mi się okropnie! Być może nie mogę się nie niej skupić a być może ten typ literatury zwyczajnie mi "nie leży"
ps3: oj poszalało mi się trochę ostatnio książkowo! Stosy wstawię jak tylko wrócę do Łodzi, obecnie znajduje się na 4 dniowym wypoczynku u rodziny.

1.31.2011

"Kto się boi Virginii Woolf?" (1966)



"George, profesor historii i jego żona Martha po wielu latach małżeństwa mają do siebie pretensję niemal o wszystko. Ich związek to czysta farsa. Po kolejnym przyjęciu w ich domu zjawia się kolega z pracy George'a ze swoją młodą żoną. To będzie bardzo długi wieczór. Rewelacyjny popis aktorski czwórki aktorów, z których do historii kina przeszła rola Elizabeth Taylor. "

Ten film trzeba koniecznie zobaczyć! Nie wiem czemu, ale byłam pewna, że będę miała do czynienia z kolejnym, beztroskim i słodkim filmem z lat 60-tych. Ojjjj byłam w ogromnym błędzie. Film jest idealny do wystawiania na scenie teatralnej, ponieważ, za wyjątkiem kilku ujęć, akcja toczy się w salonie małżeństwa. Co jest tutaj osią? Słowa, gesty, kłótnie, wyrzuty, żale....W ciągu jednej nocy wychodzi na jaw wiele sekretów i mrocznych tajemnic. Bohaterowie, od słowa do słowa coraz bardziej pogrążają się w paranoję, wywlekając na wierzch wszystko co do tej pory ukrywali. W filmie nie doświadczymy muzyki, pojawia się jedynie pod koniec w bardzo subtelny sposób. Skąd się wziął tytuł? To nawiązanie do dziecięcej piosenki "Who's Afraid of the Big Bad Woolf?", która tutaj też wydobywa się z ust bohaterów... w troszkę innym charakterze.
Musicie to obejrzeć!:)

1.27.2011

"Dom Augusty" Axelsson Majgull



"Dom Augusty był pełen opowieści. To one chroniły ją przed światem zewnętrznym, pozwalały zapomnieć o dzieciństwie w sierocińcu i niechcianej córce Oldze. Dom strzegł tajemnicy Alicji, wnuczki Augusty, umożliwił szesnastoletniej dziewczynie ukrycie ciąży. Dom stał się również schronieniem Andżeliki, najmłodszej i najsmutniejszej kobiety w rodzinie.

Proza Majgull Axelsson jest bezkompromisowa i niepokojąca. Autorka przeplata brutalną rzeczywistość z magią i liryzmem. "Dom Augusty" to świetnie napisana, mądra opowieść o miłości, tłumionych tęsknotach, przemijaniu i śmierci."

To było moje pierwsze spotkanie z tą autorką. Muszę przyznać, że to wystarczyło, abym zapałała chęcią do przeczytania wszystkiego co napisała. Fabuła rozsypana jest jak sól po całej książce. Przeskakujemy od opisu życia jednej bohaterki do kolejnej, których wspólnym elementem łączącym jest dom Augusty. Książka budzi niepokój, zastanawia, daje do myślenia, czasami obrzydza. Słowem (a nawet dwoma) - wzbudza emocje!
W "Domu Augusty" pozostajemy 3 kobiety: Augustę, Alicję i Andżelikę. Każda z nich należy do innego pokolenia. Z pozoru całkiem zwykle postaci. Pierwsza należy do najniższej klasy społecznej, druga jest wykształcona i stawia wszystko na karierę a trzecia wchodzi w trudny okres dojrzewania. W miarę jak zagłębiamy się w ich historię, odkrywamy jak mroczne i bolesne skrywają tajemnice. Nie tylko postać Augusty spaja je wszystkie. Jest to również poczucie samotności, tak dotkliwe i trudne do zniesienia. Zastanawiam się jakie jest przesłanie tej książki. Czy jest możliwe, aby negatywne emocje, smutek i tragiczny koniec były cechami dziedzicznymi? Czy to prawda, że los pierwszej niejako powtórzyły następne?
Rewelacyjna książka!!! POLECAM!


ps: Nadal sesja... do połowy lutego niestety.
ps2: niedługo postaram się napisać parę słów o filmie "Kto się boi Viriginii Voolf?" z 1965 roku. Miałyście okazję oglądać?

1.21.2011

"Wojna i pokój" 1956



"Epopeja rosyjskiego życia w epoce napoleońskiej, opisująca takie bitwy jak Austerlitz, Borodino, Berezynę, polowania, wyścigi trojek, hulanki oficerskie i pojedynki. Wydarzenia te są tłem dla dziejów Nataszy Rostowej [Audrey Hepburn] - pięknej arystokratki przeżywającej niezwykle dramatyczne perypetie sercowe."

Przyznam szczerze, że oglądanie filmu trwającego 200 minut było dla mnie nie lada wyzwaniem. Tym bardziej, że filmy z historycznym wątkiem w tle zawsze sprawiają, że zasypiam po 15 minutach. Gdyby nie moja ukochana Audrey tak by się stało. Nie wiem jak ta aktorka to robiła, ale w każdym jej filmie jest urocza, słodka... po prostu zachwyca. Bardzo żałuje, że to właśnie "Wojna i pokój", a nie "Anna Karenina" jest tą pozycją książkową, którą zdecydowano się zrealizować z Audrey w roli głównej. W roli Anny, Hepburn spisałaby się znakomicie, jestem pewna. A fabuła? Czasami film bardzo mi się dłużył, przeciągał, niektóre wątki poruszane były nadaremnie. Jeśli ktoś uwielbia takie filmy bądź Audrey - polecam:)

Zastój na blogu spowodowany był nadmiarem nauki. Sami wiecie - zbliża się sesja. Jutro postaram się wrzucić swoją recenzję książki "Dom Augusty". Jest to zdecydowanie jedna z lepszych powieści w moim życiu...

1.07.2011

"Ożeniłem się z czarownicą" (1942)



"W 1672 roku, purytański sędzia Jonathan Wooley skazuje na stos czarownicę Jennifer i jej ojca Daniela. W 300 lat później wiedźma powraca, by zemścić się na potomku sędziego. Jest nim Wallace Wooley, kandydat na senatora. W noc poprzedzającą jego ślub z Estellą, Jennifer podaje mu napój mający sprawić, że mężczyzna zakocha się w niej. Niestety przez przypadek wypija go sama."

Inaczej wyobrażałam sobie ten film. Chyba zbyt dobrze znam film "Czarownica" z Nicole Kidman. Oba te filmy niewiele mają jednak wspólnego. Ich fabuła jest zupełnie inna, lecz równie zabawna. Idealna komedia na taką brzydką pogodę - jak dziś. Aktorka grająca czarownicę idealnie wczuwa się w swoją rolę. Zyskując ludzkie ciało postanawia pomścić potomka sędziego, który przed laty skazał ją i jej rodzinę na stos. Chytry spisek wymyka się jednak spod kontroli czarownicy. Po projekcji filmu wykryłam u siebie dość mocny ból mięśni brzucha, wywołany wybuchami śmiechu. Polecam.

ps: wczoraj zaczęłam oglądać "Wojnę i Pokój" z Audrey Hepburn (dostałam na nowy rok od narzeczonego). Film trwa 200 minut, więc oglądam go "na raty". Jak tylko dokończę, zdam relację:)

1.06.2011

"Czarnoksiężnik z krainy Oz" 1939



"Pewnego dnia, Toto - pies Dorotki (Judy Garland) gryzie w nogę podłą panią Gulch (Margaret Hamilton). Kobieta z zemsty chce uśpić Toto. Dorotka postanawia ratować przyjaciela i razem uciekają do domu. Jednak po drodze spotyka profesora Marvela (Frank Morgan), który namawia ją do powrotu. Gdy Dorotka jest już w domu, potężne tornado przenosi ją do czarodziejskiej krainy Oz. Okazuje się, że dom spadł na Czarownicę ze Wschodu. Jej siostra poprzysięga zemstę. Dorotka musi jak najszybciej dotrzeć do Szmaragdowego Miasta, stolicy krainy Oz i błagać władcę, wielkiego czarnoksiężnika o pomoc. Wzorcowa ekranizacja powieści dla dzieci ze wspaniałą Judy Garland i piosenką "Somewhere Over the Rainbow"".



Wspaniały musical dla najmłodszych i chyba nie tylko:) Treść umieszczona powyżej. Niesamowite było to, że jest to jeden z pierwszych filmów w technikolorze. Z pewnością był to kamień milowy w historii kinematografii. Spodobał mi się ten pomysł, aby realny świat Dorotki przedstawić w kolorze sepia, a w momencie przejścia "na drugą stronę tęczy" obraz zdaje się uwodzić kolorami jak ze snów. Nie mogę się doczekać kiedy pokaże ten film moim przyszłym pociechom. Dla mnie było to ogromne przeżycie oglądać tak stary film, a co dopiero dla nich:)
Film został uhonorowany 2 Oscarami za przepiękną muzykę, dowód powyżej. Miłego słuchania.

1.04.2011

"To wspaniałe życie" (1946)



"Młody mężczyzna George Bailey zniechęcony kolejnymi niepowodzeniami, stracił wiarę w sens życia. Gdy postanowił popełnić samobójstwo, niespodziewanie otrzymał pomoc. Pojawił się jego Anioł Stróż, który musiał dokonać rozmaitych czynów, by zdesperowanemu młodzieńcowi na nowo ukazać uroki życia... "

I dlaczego nie puszczają takich filmów na święta, tylko w kółko jakieś badziewia?! Ja się pytam!:)
George jest osobą uczciwą, dobroduszną i żyje w zgodzie ze swoim sumieniem. Jest szczęśliwy w małżeństwie z Mary, z którą ma gromadkę przeuroczych dzieciaków. Zdaje jednak sobie sprawę, że ludzie wokół niego mają inną filozofię życiową, nie są mu życzliwi i ciągle rzucają mu kłody po nogi. Zdesperowany targnie się na swoje życie. Całe szczęście bez skutku, bowiem na ziemie przybywa anioł, pragnący pokazać mu, jaki byłby świat, gdyby nie doszło do jego narodzin.
Bardzo ciepły, wzruszający film, zostawia na sercu ślad i na długo pozostanie w mojej pamięci. Jest to kolejna produkcja na której można się popłakać i pośmiać zarazem. Udało mi się obejrzeć klasyk na kanale TCM w święta. Polecam:)

Jutro recenzja cudownego "Czarnoksiężnika z krainy Oz" z 1939 roku.

1.03.2011

"Siedem narzeczonych dla siedmiu braci" (1954)


"Pewnego dnia siedmiu drwali postanawia znaleźć dla siebie żony. Nieokrzesani mężczyźni nie mogą poradzić sobie z tradycyjnymi oświadczynami, dlatego decydują się porwać z pobliskiego miasteczka upatrzone wcześniej kandydatki. Niespodziewanie z pomocą kawalerom przychodzi zimowa aura... "


Uśmiałam się po pachy. Wyobraźcie sobie taką sytuację. Wielki jak dąb chłop, mieszkający z 6 braćmi,zauważa, że jego dom obrasta kurzem i brudem, nie ma co jeść a jakość odzienia pozostawia wiele do życzenia. Wyrusza więc na łowy. W miasteczku napotyka niczego nie świadomą dziewczynę i żeni się z nią od ręki. Dziewczyna jest wniebowzięta, ponieważ zakochuje się w nim od pierwszego wejrzenia. W drodze do domu wyśpiewuje ballady o miłości, zbiera polne kwiaty.
Kiedy jednak na miejscu zastaje braci małżonka i dochodzi do niej w co została wplątana, zaczyna stawiać warunki. Daje im niezłą szkołę (chociaż wiadomo, w tamtych czasach role kobiet ograniczały się tylko do jednego -opieki nad domem i mężem). Uczy mężczyzn jak zdobyć serce kobiet i wyrusza z nimi na pobliski festyn...
Resztę musicie zobaczyć sami. Byłam pod ogromnym wrażeniem tańca, który zamieszczam poniżej.




Jutro recenzja filmu "To wspaniałe życie" z roku 1946:)

"Tsugumi" Yoshimoto Banana



"Po doskonale przyjętej przez polskich czytelników "Kuchni" Państwowy Instytut Wydawniczy prezentuje drugą powieść Banany Yoshimoto. Tsugumi to opowieść o przyjaźni dwóch dziewcząt, narratorki Marii i jej kuzynki Tsugumi, niepełnosprawnej, charyzmatycznej, rozpieszczonej, okrutnej i niezwykle pięknej. Wielbiciele oszczędnej w środkach prozy Yoshimoto znajdą w tej urzekającej książeczce wszystko to, co uczyniło z Japonki międzynarodową gwiazdę pierwszej wielkości: humor, delikatność i świetnie opowiedzianą historię. "

Ah! To westchnienie świadczy o tym, że mój ukochany Murakami ma konkurencje w postaci tej cudownej pisarki. Historia Tsugumi opowiedziana przez Marii - jej kuzynkę. Dziewczyna od małego wydaje się być inna niż wszystkie dzieci i to nie ze względu na wady jej organizmu. Jest odważna, pyskata, złośliwa. Jednak pod tą całą skorupą ukrywa się niesamowicie wrażliwa, cierpiąca kobieta. To książka o sile przyjaźni, o miłości, o trosce o drugiego człowieka. Wydaje mi się, że w każdym z nas siedzi mała część Tsugumi. Zabrzmi to nieco dziwnie, ale czytając powieść, doskonale odnalazłam się w świecie tytułowej bohaterki. Polecam Wam. W tych książkach jest jakaś magia, o której ja pisać nie potrafię. Sami musicie jej doświadczyć.

1.02.2011

"Przeminęło z wiatrem" 1939

Witam Was w nowym roku. Zaczynam go filmowo, bo ostatnio miałam przyjemność zmierzyć się z solidną dawką starych filmów, które recenzowała będę codziennie aż do środy.



"Najbardziej znana produkcja hollywoodzka w historii kina, nagrodzona ośmioma Oscarami. Historia namiętnej, ale tragicznej miłości łączącej rozkapryszoną Scarlett O'Harę (Vivien Leigh) z Rhettem Butlerem (Clark Gable), osadzona w okresie wojny domowej w USA. Młoda kobieta potrafi poradzić sobie ze wszystkimi przeciwnościami losu, jakie mogą ją spotkać podczas wojennej zawieruchy, nie potrafi jednak utrzymać miłości mężczyzny, którego pragnie najbardziej na świecie."



Podczas prawie 4 godzinnej emisji filmu zdążyłam się zdenerwować, popłakać i uśmiać. Tak, towarzyszył mi rozmaity wachlarz nastrojów. Zdecydowanie zaliczam film do jednych z najlepszych obejrzanych przeze mnie w minionym roku. Treść chyba zna każdy, więc nie będę go streszczać. Może troszkę koniec filmu zwalił mnie z nóg... Byłam zachwycona wszystkimi pięknymi strojami Scarlett. Nie ukrywam, że z chęcią sama, od czasu do czasu, wskoczyłabym w te suknie. Na mojej półeczce już czekają 3 tomy książki wydanej w latach 80-tych (zapłaciłam za nie głupie 10zł i to była bardzo dobra decyzja) aby zatopiła w nich mój obłędny wzrok. Polecam bez dwóch zdań.


Jutro recenzja musicalu "Siedem narzeczonych dla siedmiu braci" z roku 1954. Miłego wieczoru Wam życzę i ściskam gorąco:)

12.30.2010

"Biografia głodu" Amelie Nothomb



""Biografia głodu" to powieść autobiograficzna! Belgijska pisarka, autorka m.in. "Higieny mordercy", "Rtęci", " Z pokorą i uniżeniem", " Peplum", "Antychrysty", oprowadza czytelnika po egzotycznym świecie swojego dzieciństwa i młodości. Córka dyplomaty, urodzona w Japonii, mieszkała w Chinach, Bangladeszu, Nowym Jorku i Laosie.

Złoty wiek dzieciństwa zostaje pochłonięty przez zawirowania wczesnej młodości. Zaczyna się bolesny opis geografii ciała. Aż do anoreksji. Pisarka nie ukrywa żadnego z traumatycznych przeżyć związanych z dorastaniem. Tytułowy głód ma wiele znaczeń: to nie tylko łaknienie i apetyt na słodycze, to także głód nowych języków, książek oraz pragnienie świata, absolutu, boskości. Amélie Nothomb udaje się uniknąć ekshibicjonizmu i rozczulania się nad sobą, a jej sposób narracji cechują elegancja i poczucie humoru."

Niesamowita książka! Jest to autobiografia tej belgijskiej, znakomitej pisarki. Opowiada nam ona o różnych obliczach głodu, którego doznawała od najmłodszych lat. Nie chodzi tu tylko o chęć smakowania potraw. To głód wszystkiego co otaczało ją jako dziewczynkę: książki czy też alkohol. Napisana w niezwykły sposób z dużą dawką humoru. Odkrywanie świata, nowych miejsc, niezwykłych ludzi. Amelie można śmiało nazwać obywatelką świata. Mieszkała bowiem w tylu miejscach, że ciężko je naraz wymienić. Autorka zachwyciła mnie po raz drugi a i planuje kolejną książkową ucztę z panią Nothomb w roli głównej.

Poniżej mała próbka:

"...sprezentowano mi miniaturową pralkę na baterię. Trzeba ją było napełnić wodę, wrzucić łyżeczkę proszku, a potem chusteczkę do nosa. Maszynę się zamykało, naciskało guzik i patrzyło na obracającą się w środku zawartość. Potem się ją otwierało i wyjmowało pranie. Zamiast niemądrze wieszać chusteczkę, żeby wyschła, wkładałam ją do ust i żułam. Wypluwałam ją dopiero wówczas, gdy smak mydła całkowicie zniknął. A wtedy należało ją prać od nowa, bo była cała zaśliniona."

Coś wesołego:)

Uwielbiam ścieżkę dźwiękową do filmu "Funny Face" z Audrey Hepburn. Poza piosenką tytułową uwielbiam tę poniżej. "How to be lovely" zawsze poprawia mi humor. Mam nadzieję, że Wam też się spodoba.

12.29.2010

"Słomiany wdowiec" (1955)

Nie często mi się zdarza pisać po dwa posty dziennie:) Niestety dopadła mnie choroba i, chcąc nie chcąc, leżę plackiem w łóżku i czekam na zbawienie. Wczoraj miałam ochotę na lekką komedię w starym stylu i wybrałam "Słomianego wdowca".


"Żona Richarda po kilku latach wspólnego pożycia, po raz pierwszy wyjeżdża sama na wakacje. "Słomiany wdowiec" obiecuje oprzeć się wszelkim pokusom i dochować jej wierności. Na drodze do spełnienia przyrzeczenia staje mu jednak nowa, powabna lokatorka. Ponadto Richard zaczyna podejrzewać, że jego żona ma romans ze swym przyjacielem powieściopisarzem."

Ha! I podobało mi się. Nawet powoli przekonuje się do aktorki (chociaż Audrey Hepburn nadal jest numerem jeden w moim rankingu). Film kolorowy, zabawny, przyjemny. Żona Richarda wraz z małym synem wyjeżdża na letni odpoczynek. Mężczyzna zostaje sam i ulega urokowi młodej, pięknej sąsiadki (o zgrozo! kolejny film z serii ona-20 lat on-40). Richard jest zafascynowany kokietką. Uderza go jej pasja życia, brak pośpiechu i naiwność. Ona sama widzi w nim, przyjaciela, towarzysza niż kochanka. Jak zakończy się ta historia, zdradzić nie mogę:)
Skąd oryginalny tytuł? Richard pracuje w wydawnictwie. Właśnie czyta kolejną książkę słynnego psychologa, w której autor przytacza problemy mężczyzn w średnim wieku. Opisuje w niej co sprawia iż szczęśliwy mąż zdradza swą żonę. Psycholog uważa, że dzieje się to głównie po 7 latach małżeństwa i określa to mianem "swędzenia po 7 latach".
To właśnie w tym filmie znajduje się słynna scena z podwiewaną sukienką Marilyn. Trzeba jej przyznać - miała urok. Być może kiedyś zainteresuje się bardziej jej biografią.

Dzisiaj zdążyłam obejrzeć też "Przeminęło z wiatrem" z 1939 roku. Film trwał prawie 4h, ale tak mnie wciągnął, że nawet nie zauważyłam upływającego czasu. Recenzja filmu jutro:)

"Tektonika uczuć" Eric-Emmanuel Schmitt


"Richard i Diane są w sobie szaleńczo zakochani i wkrótce zamierzają się pobrać. Chociaż... może nie tak szaleńczo, jak się wydaje. A z tym ślubem to też nic pewnego... Tak naprawdę, to myślą o rozstaniu. Czego oni właściwie chcą?

Błyskotliwy dramat Schmitta, pełen ciągłego napięcia między dwojgiem bohaterów, to laboratoryjna analiza mechanizmów manipulacji. Wśród intryg i podchodów, aluzji i podtekstów Schmitt kolejny raz pokazuje, że najsilniejszych uczuć nie można od siebie odróżnić i wszyscy nosimy maski.

Bo miłość to nieustająca gra. "

Sztuka rozpisana na role. W rolach głównych mężczyzna i kobieta. Ona - kobieta sukcesu, niezależna, marudna, wybredna, mściwa. On - zakochany, wielokrotnie odtrącony. Pewnego dnia ona wyznaje, iż ich związek nie już sensu, uczucia gdzieś wyparowały i nie ma ochoty dalej brnąć w to na ślepo. Postanawia uknuć haniebny spisek, rzucając mu w ramiona piękną nieznajomą. I w tym momencie wchodzimy w świat manipulacji, niedopowiedzeń, intryg, bólu i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Kto kogo okłamuje? Kto najbardziej zostanie tutaj pokrzywdzony? Czy okrutna prawda wyjdzie na jaw?
Eric- Emmanuel Schmitt nawiązuje do ruchów tektonicznych ziemi. Bowiem wystarczy tylko jedna iskra, jedno tąpnięcie aby doszło do katastrofy. Podobnie jak w miłości. Jedno niewypowiedziane słowo, jeden gwałtowny impuls a świat zakochanych może odwrócić się do góry nogami.
Kolejna znakomita książka tego pisarza!

12.28.2010

"Katarzynka" Modiano/Sempe


"Marzycielska Katarzynka mieszka z tatą w Paryżu, chodzi na lekcje tańca, nosi okulary. Jej świat pełen jest ciepła i ojcowskiej miłości, ale też wiele w nic tajemnic i niedopowiedzeń, zagadkowych osób i niepokojących wydarzeń. Historię Katarzynki napisał Patrick Modiano, wybitny francuski prozaik, laureat m.in. Nagrody Akademii Francuskiej oraz Nagrody Goncourtów (za znaną w Polsce powieść „Ulica ciemnych sklepików”). Wdzięk kameralnej opowieści podkreślają ilustracje Jean Jacques'a Sempe, współtwórcy m.in.. Postaci Mikołajka z książek Rene Gościnnego."

Książka, głównie dzięki ilustracjom Sempe, przypomina mi troszkę Mikołajka. Nie jest to jednak typowa książka dla dzieci.

Dorosła kobieta mieszkająca w Nowym Jorku wspomina swoje barwne dzieciństwo w Paryżu. Wtedy to, uczęszczała do szkoły baletowej, nosiła okulary i mieszkała z tatą, który należał do bardzo zagadkowych postaci. Jest coś magicznego w tym opowiadaniu. Oboje noszą okulary i celowo zdejmują je, aby świat wydał im się bardziej bajeczny. Katarzynka podczas tańca odkłada je na ławkę, aby jej wzrok wydawał się mglisty i tajemniczy. Ma jej to pomóc w wykonywaniu płynniejszych ruchów.

Ojciec i córka mają też wspólne obrzędy:
"Podczas codziennego golenia obowiązywał nas pewien rytuał: tata z pędzlem w dłoni gonił mnie po całym mieszkaniu i usiłował umazać mi twarz pianą."

Z czystym sumieniem - POLECAM!:)

12.27.2010

"Pod dachami Paryża" (1930)


"Śpiewak uliczny Albert poznaje śliczną Polę. Odtąd pracują razem - on śpiewa, ona sprzedaje nuty. Drań Fred na próżno próbuje ich poróżnić. Szczęście kochającej się pary zakłóca jednak policja, która przez pomyłkę oskarża Alberta o kradzież i aresztuje go. W czasie, gdy on siedzi w więzieniu, jego przyjaciel Luis opiekuje się Polą. Kiedy Albert wychodzi na wolność, dowiaduje się, że oboje się kochają... Po bójce z przyjacielem rezygnuje jednak z dziewczyny, widząc szczerość ich uczuć. Pierwszy film dźwiękowy René Claira pokazuje w melancholijnie poetycki sposób życie prostych ludzi - reżyser zawierza przede wszystkim wymowie obrazów."

Niesamowicie klimatyczny film. Wspaniała muzyka,stroje i fryzury z lat 30-tych. Treść filmu powyżej, więc nie będę się nad nią szczególnie rozwodzić. Niesamowite jest to, że mamy okazję oglądać takie kino, podziwiać grę aktorów żyjących w tamtych czasach, poznać mentalność innych ludzi i ich codzienne życie. W filmie nie ma scen pościgowych, wartkiej akcji ani niespodziewanych wybuchów. Znajdziecie w nim prostotę, francuskie piosenki wyśpiewywane przy akompaniamencie harmonii i lekkość. I właśnie to jest w tym filmie najpiękniejsze. Polecam

12.25.2010

"Kuchnia" Yoshimoto Banana


Tytuł tekstu: z okładki

"-Zatkało cię na widok mamy?
-Uhm, przecież jest taka piękna - odpowiedziałam szczerze.
-Przecież - powiedział Yuichi ze śmiechem, wstając i siadając przede mną na podłodze - miała operację plastyczną.
-Tak? - rzuciłam, ukrywając zdziwienie. - To nic dziwnego, że wcale nie jesteście podobni.
-Ale zorientowałaś się? - mówił dalej, jakby na siłę powstrzymując się od śmniechu - że jest mężczyzną?"

Po ukazaniu się "Kuchni" w 1988 roku w Japonii zapanowała prawdziwa bananomania. Napisane eleganckim, zwiewnym stylem dwa dopełniające się utwory, tytułowa "Kuchnia" i "Moonlight Shadow", opowiadają o jedzeniu, zmianie płci, miłości i utracie najbliższych. Książka stała się podstawą aż dwóch filmów. Debiut Yoshimoto Banany, głos młodej Japonii, spotkał się z gorącym przyjęciem w świecie. Teraz, z prawdziwą przyjemnością, zapraszamy polskich czytelników do "Kuchni".

Krótka, aczkolwiek dość wstrząsająca historia. Nie oczekujcie jednak, że dowiecie się czegoś o kulturze Japonii. Powiedziałabym raczej,że jest ona w stylu Murakamiego.
Kuchnia jest szczególnym miejscem chyba w każdym domu. To w kuchni najlepiej się rozmawia z rodziną, to właśnie tam najprzyjemniej czyta się książki i je posiłki. W książce jest to miejsce-symbol. Przewija się ona przez całe opowiadanie. Po śmierci ukochanej babci, młoda dziewczyna zostaje sama na świecie. Jej rodzice bowiem już dawno nie żyją. Przez przypadek japonka trafia do pewnej skomplikowanej rodziny,którą w najbliższym czasie niestety też dotyka tragedia. To książka o nadziei, śmierci, trudach życia w samotności, o tęsknocie za tymi, którzy odeszli. Jest napisana w taki sposób, sama nie wiem jak to określić... że nie ma ochoty się śpieszyć z lekturą. Czyta się ją leniwie, wolno, analizując wszystko. Człowiek zastanawia się nad pewnymi kwestami i zaczyna się bać... dziwny klimat, utwór wprowadził we mnie niepokój. Jak dla mnie "Kuchnia" jest z pewnością nie ostatnią książką autorki. Na półce stoi kolejna powieść, którą na dniach pochłonę.

ps: u mnie, pewnie tak jak u Was, święta pełną parą. Ciasta, smakołyki, rodzina, cudowna atmosfera i prezenty:)
Chyba niedługo skompletuje bardzo ładne zamówienie w Znaku:)

12.24.2010

Radosnych...



Kochani

Z okazji tych cudownych Świąt, pragnę życzyć Wam wszystkiego najlepszego. Aby ten czas upłynął Wam nie tylko w towarzystwie książek, ale przede wszystkim przy najbliższych. Abyśmy mogli docenić to, co w życiu najważniejsze.
Poza tym życzę Wam przepięknej choinki rozświetlającej pełne radości domy, pysznych wigilijnych potraw przygotowanych z myślą o Was i odpoczynku w rodzinnym gronie.

Kolmanka (Paulina)

12.21.2010

"Ulisses z Bagdadu" Eric-Emmanuel Schmitt



"Kiedy traci się wszystko, pozostaje jedno - nadzieja.

Saad Saad jest młodym, wykształconym człowiekiem. Ma kochającą rodzinę, czułe siostry i wspaniałego ojca - który z mądrością i wyczuciem prowadzi go przez świat literatury i sztuki. Kiedy młodzieniec poznaje piękną Leię, zdaje się, że nic nie może zniszczyć ich wspaniale zapowiadającej się przyszłości.

Nic oprócz wojny.

Wojna zabiera Saadowi wszystko - kochającego ojca, siostry, a przede wszystkim Leię, miłość jego życia. By ratować matkę, decyduje się na opuszczenie zajętego przez Amerykanów Iraku i niczym współczesny Ullises, Odys, rusza w pełną przygód tułaczkę za chlebem, wolnością, uczuciem. W wędrówce towarzyszy mu duch ojca, który nie opuści syna w chwilach nawet największego zwątpienia - w chwilach, gdy przy życiu trzyma tylko jedno - nadzieja."


Ahhh!!! Szukam słów aby opisać to, co stworzył ten znakomity pisarz...i bardzo mi ciężko. Historia młodego człowieka, który ciężko doświadczony przez życie, stara się ułożyć je na nowo. Po tragicznej śmierci ukochanej, ojca, szwagrów, siostrzenic i siostrzeńców postanawia wyemigrować z kraju, które przysporzyło mu tyle cierpień. Po drodze napotyka jednak przeszkody, które zapewne nie jednemu odebrały by sens istnienia. Saad Saad jednak wierzy w spełnienie swoich marzeń i nic nie może zachwiać jego nadziei. Wszystko napisane pięknym językiem. Niektóre ze zdań na na pewno na długo zapadną mi w pamięci.
Książkę czytało mi się rewelacyjnie i jestem pewna, że sięgnę prędko po kolejne. Kiedyś, dawno temu, czytałam "Oskara i Panią Róże". Koniecznie muszę do niej wrócić, bo chyba wtedy (miałam może 14 lat) nie odebrałam jej w sposób właściwy. Polecam z czystym sumieniem.

12.20.2010

Stosikowo

Od dawna obiecane zaległe stosiki. Nie są to wszystkie książki, ponieważ światło już nie takie i słabo powychodziły, więc kolejne stosiki zaprezentuje jak tylko będę miała dostęp do dziennego światełka.
Tematyka książek różna. Z dumną prezentuje również moje nowe nabytki w mojej kolekcji o Audrey Hepburn:) Na ostatnim zdjęciu stoisk z biblioteki. Miłego oglądania.

12.17.2010

"Rozmowy nad Nilem" Nadżib Mahfuz



"Na barce, zacumowanej na Nilu, co wieczór spotyka się „śmietanka” inteligencji: znany aktor, adwokat, literat, tłumaczka w ministerstwie, studentka... Oddają się rytuałowi palenia haszyszu, miłości i rozmowom o tym, co jest najważniejsze. Sztuka? Uczucia? Pamiętanie? Zapomnienie? A może nic nie jest ważne? Pewnego dnia dołącza do nich piękna dziennikarka Sammara i próbuje się dowiedzieć, co ich tak pociąga w zakazanym nałogu. Czy pracuje także dla policji?

Mahfuz po mistrzowsku łączy obyczajową opowieść z życia Kairu lat 1960. z rozważaniami o naturze człowieka i swoistą "poezją" absurdalnych, narkotycznych wizji bohaterów."

Akcja powieści toczy się w latach 60-tych. Grupka znajomych (różnych profesji) regularnie spotyka się na barce zacumowanej na Nilu, aby paląc haszysz... ponarzekać na życie. Do świata zewnętrznego mają cyniczny stosunek, szydząc i gardząc tamtejszym społeczeństwem. Opisy ich rozmów "o wszystkim i o niczym" przeplatają się z narkotycznymi wizjami wywołanymi odrzuceniem haszyszem. Każdy z nich inaczej doświadczony jest przez życie i chyba tak na prawdę, nie próbuje nic w nim zmienić. Zresztą większość bohaterów książki jest już grubo po 30stce i być może dlatego za dużo jest tu gadania niż działań. Atmosferę na barce zakłóca jedynie strach przed wtargnięciem policji. "Rozmowy nad Nilem" czytało mi się dość ciężko. Nie wiem czemu, ale nie polubiłam również bohaterów powieści. Mimo to, książka została uhonorowana literacką nagrodą Nobla w 1988 roku. Być może Wam się spodoba. Ja oceniam ją na 4/10.

12.11.2010

"Bezsenność w Tokio" Marcin Bruczkowski




"Co ja tutaj robię?

Myśl ta nie ma - wbrew pozorom - podstaw filozoficznych ani muzycznych, a jedynie odnosi się do spostrzeżenia, że pedałując cały czas mniej więcej prosto, dotarłem do punktu wyjścia, czyli małego, ciemnego zaułka na tyłach sklepu monopolowego, prawdopodobnie w dzielnicy Kanamecho [czyt. kanamecioo]. Coś na tym sklepie jest napisane i nawet drugi znak od lewej wygląda jakoś znajomo... może to nama, czyli surowy? Czy tak się pisze Shinamachi?

Ulica, oczywiście, nie ma nazwy; jest na to za mała. Wskakuję na siodełko i już mam ruszać, kiedy w jednej z bocznych alejek okalających sklep dostrzegam coś obiecującego: automat z napojami. Zawsze warto sprawdzić - do tajników sztuki przetrwania na tokijskiej ulicy należy wiedza, że w każdej wiosce można znaleźć jeden automat, który - dziw nad dziwy - jest zepsuty, czyli można w nim kupić piwo, sake, czasem japońską whisky (paskudztwo) albo japońską wódkę (wyjątkowe paskudztwo) dwadzieścia cztery godziny na dobę. Podjeżdżam bliżej - JEST! Ciemne przyciski; można kupić piwo. Normalnie wszystkie przyciski do wybierania różnych puszek z piwem zgodnie z wymogami prawa japońskiego powinny być od godziny 23:00 podświetlone czerwonym znakiem: wyłączone.

Pokrzepiony na ciele i duchu kupuję jeszcze jedną puszkę (220 jenów, raz się żyje) i odjeżdżam szukać dalszych przygód. Daleko nie zajechałem.

Dwóch miejscowych policjantów, leniwie pedałując na swoich stalowych rumakach, wyraźnie kieruje się z drugiego końca ulicy w tę stronę".


Bardzo wciągająca i zadziwiająca książka! Student anglistyki postanawia, po obronie pracy licencjackiej, wyjechać do Japonii. Nie przypuszcza, że spędzi tam kolejne 10 lat swojego życia. Mężczyzna poznaje innych gajdzinów (cudzoziemców), którzy stają się jego przyjaciółmi i wspólnie borykają z zagadkami innej kultury. Praktycznie każda strona książki, przynosi nam nowe, fascynujące ciekawostki dotyczące Japonii.
To co mnie zaskoczyło to między innymi automaty z napojami na każdym rogu ulicy. Nie było by w tym może nic dziwnego, gdyby nie fakt, że w automatach można nabyć ciepłą kawę w puszce a nawet przeróżne rodzaje piwa. W Polsce istnieje kilka mitów dotyczących tego kraju. Jako przykład maseczki na twarz... Byłam święcie przekonana, że chodzi o kwestię zabezpieczenia się przed infekcjami wirusowymi i bakteryjnymi. A prawda jest zupełnie inna. Dlaczego w japońskich toaletach trzeba zakładać specjalne łapcie i pod żadnym pozorem nie można wtargnąć w nich na salony? Dlaczego należy umyć się przed wejściem do wanny? Te i dziesiątki innych odpowiedzi na nurtujące pytania, odnajdziecie w "Bezsenności w Tokio". Gorąco polecam!:)

12.10.2010

Spotkanie klubu książkowego



Wczoraj odbyło się pierwsze spotkanie klubu literatury Japońskiej. Zapisało się sporo osób...a przyszło 5:) Dobre i to. Atmosfera była przesympatyczna. Cały stres minął mi tak szybko, że nawet nie zauważyłam kiedy. Na początku zapoznaliśmy się z biografią Pana Marcina a następnie opowiadaliśmy sobie o kulturze Japonii i historiach zawartych w "Bezsenności w Tokio". W tle wyświetlałyśmy (z koleżanką Agatą) pokaz slajdów z najciekawszymi i najpiękniejszymi zakątkami Tokio. Samą recenzję książki, zamieszczę w jutrzejszym poście, bo dzisiaj jestem już strasznie wykończona.
Następnie spotkanie klubu już w styczniu! Tytuł książki ma zostać wybrany drogą mailową przez uczestników. Załączam zdjęcia ze spotkania w kawiarni mała litera (ja to ta z głupią miną koło laptopa, niestety nie jestem fotogeniczna)
Pozdrawiam i dziękuje Wam wszystkim za wsparcie:)

12.06.2010

Mikołajkowo


Nadchodzi taki czas w roku kiedy nie mogę skupić się na niczym innym, tylko na nadchodzących świętach. Mam tak od dziecka i chyba zostanie mi tak do końca życia. Wieczorem zapalam sobie waniliowe świeczki, na stoliku leży pomarańcza z goździkami, w szafce kuchennej piętrzy się stos korzennych herbat i kaw.
W ostatni piątek wybrałam się do ulubionej pijalni czekolady i poziom endorfin w moim organizmie wzrósł do maksymalnego poziomu. To niesłychane co może zwykła czekolada:)

Ten tydzień jest dla mnie wyjątkowo szalony. Tyle spraw i obowiązków, że o niektórych już zapominam. Z jednej strony nawet się cieszę, bo dzięki temu czas oczekiwania na święta znacznie się skróci.
Końcówka tygodnia upłynie, mam nadzieje na babskim wieczorze. Wymyśliłyśmy z koleżankami we 3 japoński wieczór okraszony pysznym jedzeniem (sushi i jakieś inne nazwy mi nieznane, a znane bardzo dobrze koleżankom), wino truskawkowe (robione przez mojego Filipa) a na dodatek jakieś klimatyczne, stare kino. Zdam relację:)

Zapomniałam, że ostatnio przybyło mi troszkę nowości książkowych. Wrzucę zdjęcie na dniach.

AA no i trzymajcie za mnie kciuki w czwartek. Prowadzę klub książkowy, o którym pisałam niedawno. Stres sięga 15 piętra wieżowca...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...