Etykiety

2.24.2013

"Dubo...Dubon...Dubonnet" Izabela Czajka-Stachowicz



"Do tej pory - cóż, uważałam Paryż za wspaniałe miasto wspaniałego narodu - ot, i wszystko. A teraz... teraz  ja sama swoim wzrokiem, słuchem, dotykiem, całą sobą, ciałem i naskórkiem poczułam Paryż. Tylu ludzi chodzi po jego trotuarach - jeździ metrem, siedzi w małych bistrach i na wspaniałych tarasach jego kawiarń - każdy czegoś innego w nim szuka i każdy to, czego szuka, znajduje. Wszyscy mogą tam żyć według swojego widzimisię i nikogo to nie gorszy. Jeśli chcesz, możesz chodzić po szlafroku po ulicy, jeśli chcesz, możesz sobie włożyć na głowę garnek i spacerować w nim - nikogo nie zadziwisz - na nikim nie zrobi to najmniejszego wrażenia."

Izabela Czajka-Stachowicz  to polska pisarka, znana również jako Bella, absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Paryżu, przyjaciółka Gombrowicza oraz Witkacego. Zasłynęła między innymi dzięki swoim powieściom autobiograficznym, wydawanym po raz pierwszy w latach 1956-1970. "Dubo...Dubon...Dubonnet" to ostatnia część jej wspomnień, wydana całkiem niedawno, nakładem Wydawnictwa W.A.B.

Zanim zabrałam się za czytanie, zastanawiałam się nad tytułem. Co oznacza enigmatyczna nazwa Dubonnet? Dubonnet to rodzaj aperitifu pochodzenia francuskiego o gorzkim, cierpkim smaku. Są to także słowa piosenki, która nieustannie rozbrzmiewa na ulicach międzywojennego Paryża. Mamy rok 1924. Dystyngowana i elegancka Bella wyrusza pociągiem do Paryża, aby posmakować wspaniałego życia w mieście świateł. Stolica Francji zdaje się być dla niej idyllą, pełną wytwornych ludzi, oszałamiających potraw i zapachów.  Belle kuszą wielogodzinne wycieczki po Luwrze, croissanty popijane kawą z mlekiem oraz pastelowe i szykowne kreacje.

Zanim jednak udaje jej się wtopić w świat luksusu, kobieta zderza się z przykrą rzeczywistością. Zatrudniona w małym wydawnictwie doświadcza głodu i ubóstwa. Całymi dnami marzy o ciepłym posiłku, które na tym etapie życia, wydaje jej się luksusem.  Z czasem jednak, dzięki niezłomności i zdecydowanym charakterze Bella dopina swego. Wspomnienia Izabeli Czajki-Stachowicz to szczery i bezpośredni zapis wyzwolonej, bezpośredniej i pewnej siebie kobiety. To także barwny i zaskakujący opis życia społecznego i kulturalnego w międzywojennym Paryżu. Naprawdę nie sposób oderwać się od lektury, a bardzo łatwo można ulec jej czarowi.

Bardzo dawno nie czytałam tak prawdziwej i czarującej książki. To dla mnie połączenie Samozwaniec i Colette, eleganckiego i wytwornego Paryża i polskiej przaśności. Ciekawa było dla mnie postawa autorki w stosunku do życia w latach 60-tych, w których powstała ta autobiografia. Według pisarki, lata 60-te pełne były "obdartych i brudnych młodzieńców wraz z ich krótko ostrzyżonymi, bezbarwnymi dziewczynami", które już w niczym nie przypominają dystyngowanych kobiet z lat 20-tych i 30-tych.  Od zawsze starsze pokolenia mają w zwyczaju krytykować kolejne. I to nigdy się nie zmieni.

Gorąco zachęcam Was do lektury. Niepowtarzalna uczta dla zmysłów. Dzięki barwnym opisom autorki, sama w swojej wyobraźni piłam café au lait w uroczych kawiarenkach, przywdziewałam cytrynowe lakierki, szykowne kapelusze i pachniałam perfumami Guerlain.

Wydawnictwo W.A.B wydało już trzy części autobiografii Izabeli Czajki-Stachowicz w przepięknych okładkach. A w marcu, będzie miała miejsce premiera czwartej.




Za lekturę dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

2.21.2013

Filmowo

Ostatni miesiąc obfitował w filmy. Miałam ogromny apetyt na nietuzinkowe produkcje, a także te nominowanie do tegorocznych Oskarów. W poniższym rankingu zaprezentuje Wam kilka z nich. Mam nadzieję, że któreś przypadnie Wam do gustu i po lekturze tego posta zdecydujecie się na seans.

Zabiłem moją matkę (2009)


Biograficzny i tym samym bardzo osobisty obraz, wspomnianego już przeze mnie wcześniej rewelacyjnego Xaviera Dolana (chłopak z plakatu obok). Historia nastolatka homoseksualisty, który po rozwodzie rodziców zostaje pod opieką swojej matki. Matki, która, najdelikatniej mówiąc, nie jest przykładem wyrozumiałej i dobrodusznej rodzicielki. Bolesna i traumatyczna walka ideowa, pokoleniowa, walka o zrozumienie i miłość. Wstrząsający i bardzo głęboki obraz, który został doceniony i uhonorowany 3 nagrodami w Cannes. Dolan dostał 8-minutowe owacje od publiczności, która nie mogła wyjść z podziwu, po obejrzeniu debiutu 20-latka.
Jak dla mnie genialny, zahaczający o arcydzieło film z porażającą francuską muzyką. Podobno Dolan to idol hipsterów i homoseksualistów. Hmm, nie jestem ani jednym ani drugim, a z całą stanowczością mogę rzec, że oszalałam na punkcie jego produkcji.




Sugar Man (2012)


Dokumentalny film, którego fabułę nie chcę za bardzo zdradzać. Mam nadzieję, że zachęci Was trailer. Nie często mam przyjemność z filmami dokumentalnymi, więc z ogromną ciekawością skusiłam się na wizytę w kinie. Tym bardziej, że był dość często polecany przez redaktorów radiowej Trójki. Po seansie byłam oczarowana i nie mogłam przestać się uśmiechać. Jest to historia zaskakująca i aż trudno uwierzyć, że jest autentyczna.  Z pewnością tego typu produkcje podnoszą na duchu i dają do myślenia. Nigdy nie wiemy jaki wpływ na innych ludzi, ma to jacy jesteśmy i co robimy. Tym bardziej jeśli wydaje się, że nasze starania i wysiłek są bezowocne. Przyszłość może okazać się zaskakująca...








Django (2012)


Wszystkie filmy Tarantino są dla mnie kinową ucztą. Z niecierpliwością czekałam na najnowsze dzieło znakomitego reżysera. Recenzje i zapowiedzi były tak obiecujące, że na samym starcie uznałam film za pozycję must to watch. Niestety, zawiodłam się. Oprócz sympatycznego konia kiwającego łebkiem na przywitanie, nie odnalazłam w nim nic szczególnego. Akcja toczyła się za wolno, dialogi były zbyt drętwe i mało zaskakujące. Oczekiwałam wiele, wiele więcej. Jak na tak znanego i wybitnego reżysera, szału nie było. Nie było też dramatycznie. Ot kolejna produkcja, o której szybko zapomina się zaraz po jej obejrzeniu. Oby następny film Tarantino powalił mnie na kolana, tak jak to bywało w przeszłości.








Miłość (2012)


Melodramat nominowany do tegorocznych Oskarów. Ona - utalentowany niegdyś muzyk, dziś schorowana, niedołężna i zagubiona w codzienności staruszka. On - również były artysta, oddany mąż, którego rzeczywistość zmienia nagła choroba żony. Tych dwoje zostaje wystawionych na wielką próbę. Bo czym naprawdę jest miłość? To trwanie ze sobą na dobre i złe, do końca dni życia ziemskiego? Czy są granice i czy ludzka psychika potrafi znieść wszystko? To zdecydowanie jeden z najsmutniejszych i najbardziej przerażających filmów, jakie widziałam w tym roku.  Mocno kibicuje tej produkcji i mam nadzieję, że zostanie uhonorowany Oscarem.








Poradnik pozytywnego myślenia (2012)


Czy jest możliwa miłość między dwojgiem wariatów? Jeżeli oboje szukają miłości, choćby w dziwaczny sposób, to co może im stanąć na przeszkodzie? Nic, nawet choroba psychiczna może sprzyjać rozkwitowi związku. Komedia z elementami dramatu zaskoczy niejednego widza. Początkowy wstrząs doprowadzający nieomalże do depresji, jaki serwuje nam reżyser, stopniowo zmienia się w szereg zabawnych i wzruszających epizodów. Idealny do oglądania we dwoje.










"Fizjologia starzenia się" Wydawnictwo PWN


Chociaż nadal uważam się za osobę młodą, mam niestety świadomość, że z dnia na dzień w moim organizmie zachodzą nieodwracalne zmiany na poziomie biochemicznym i molekularnym, które nieuchronnie doprowadzają mnie do starości. Prasa, portale i firmy kosmetyczne prześcigają się w coraz to nowszych, doskonalszych sposobach i specyfikach, które zapobiegają powstawaniu zmarszczek, usuwających wolne rodniki, uzupełniających niedobór mikro- i makroelementów w diecie czy też zabezpieczających telomery przed skracaniem się.

Bardzo często zachęceni reklamami sięgamy po produkty, które obiecują nam spektakularne rezultaty w niedługim czasie. Wielu z nas nabiera się na obietnice odkrycia tajemnic młodości. Niewielu jednak wie jak naprawdę starzeje się nasz organizm. "Fizjologia starzenia się" to kompendium  rzetelnej i naukowej wiedzy na temat procesów starzenia się.  Autorzy zaczynają swą książkę od rozróżnienia rodzajów starzenia się. Ten proces może przecież przebiegać w sposób zupełnie naturalny jak i patologiczny, chorobowy. Wiedzieliście o tym?

Oprócz rozległego opisu procesów fizjologicznych zachodzących w organizmie podczas starzenia się czytelnicy znajdą także psychologiczny zarys starości. Jestem przekonana, że ułatwi to pracę w zakładach opieki lub hospicjach pielęgniarkom, opiekunom czy samym psychologom. Mimo iż jest to podręcznik typowo akademicki i wydaje mi się, że większą rolę odegra w życiu specjalisty/studenta niż lajka, to nadal polecam ją wszystkim tym, którzy chcą mieć konkretną wiedzę na ten temat. Być może lektura tej książki zmieni Wasz pogląd na zdrowie odżywianie się, utrzymywanie kondycji fizycznej czy też umysłowej. Wiedza przydatna dla każdego z nas.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Naukowemu PWN

2.20.2013

"Świat od kuchni. W poszukiwaniu posiłku doskonałego" Anthony Bourdain


W naszym kraju aż roi się od programów kulinarnych i znakomitych kucharzy, którzy za sprawą mediów szybko stali się celebrytami. Niemal każdego dnia śledzić możemy potyczki znanej restauratorki z niefrasobliwymi właścicielami jadłodajni, podróże miłego i wiecznie uśmiechniętego kucharza, który zwykł gotować w różnych zakątkach świata czy też cieszące oko i podniebienie potrawy gotowane w domowym zaciszu przez byłe modelki.

Anthony Bourdain to smakosz, podróżnik i znany autor książek kulinarnych i kryminałów. Mężczyzna podróżując po całym świecie skosztował setek niecodziennych, zaskakujących, momentami budzących odrazę potraw. W kolejnych krajach jak Portugalia, Rosja, Francja czy Meksyk natrafia na oryginalne restauracje i bary, których menu wprawiłoby w osłupienie każdego miłośnika kulinariów. Zapis jego przeżyć, czasami mrożących krew żyłach, zawiera książka "Świat od kuchni, która w bardzo krótkim czasie znalazła się na liście bestsellerów New York Timesa.


Nie jestem typowym smakoszem i czytając książkę miałam sporo wątpliwości czy sama sięgnęłabym po niektóre dania jak zupa gotowana na koziej głowie czy bijące serce kobry. Podziwiam taki masochizm kuchenny u innych ludzi, bo sama wybieram raczej proste i lekkie potrawy. Oczywiście  w domu nie ugotuje tych bardziej skomplikowanych potraw, jednakże lektura książki to również inspiracja do ciągłego doskonalenia sztuki kulinarnej a także mini przewodnik po kuchniach świata.

Styl autora jest dość ironiczny, z dużą szczyptą humoru (nie rzadko czarnego) i dającego się zauważyć dystansu. Mnie taki humor i podejście jak najbardziej odpowiada. Jednakże jestem nieomal pewna, że niektórym styl pisania autora nie przypadnie do gustu. U niektórych czytelników postawa Bourdaina może wzbudzać niesmak z powodu bezpośredniego wydawania osądów i odważnych przemyśleń. Pierwszą moją myślą było porównanie pisarza do dr Housa. Obydwie postacie są na swój sposób narcystyczne, trochę snobistyczne i pyszałkowate. Czy jest to zaletą czy nie, nie potrafię jednoznacznie ocenić. Musicie sami zająć stanowisko w tej sprawie.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Carta Blanca

2.19.2013

"Dom" J.Patrick Lewis


Książki dla najmłodszych już dawno przestały być wyłącznie dla dzieci. Nie zawsze są to historie z prostą fabułą, o szczęśliwym zakończeniu i jaskrawych ilustracjach. Takie książki od dawna wzbudzają mój zachwyt i  wyobraźnie.

Nie inaczej jest w przypadku przepięknie wydanej książki "Dom". To niebanalna, smutna i wzruszająca historia widziana z perspektywy... domu. Dzieje jednego miejsca na przełomie lat i ludzi, którym dane było w nie zamieszkać. Zmieniała się przyroda, okoliczności, mieszkańców tytułowego Domu dotykały wielkie szczęścia i ogromne dramaty. W wypadku tej opowiastki to właśnie mury podchodzą do głosu.

Rzadko zastanawiamy się nad tym czym tak naprawdę jest dom. To nie tylko miejsce, do którego wracamy po ciężkim dniu w pracy, odpoczywamy czy jemy posiłki. To niemy świadek naszego życia, trudnych chwil okraszonych łzami czy momentów euforii i radości. To właśnie w rodzinnym domu mamy swoje ulubione miejsca "skrytki", w których czujemy się bezpiecznie jak nigdzie na ziemi. Z każdym kątem budzą się w nas wspomnienia z przeszłości, a zapachy jakie temu towarzyszą jesteśmy w stanie przywołać niemal natychmiast.


Piękne i wymowne ilustracje towarzyszą poetyckim strofom. Z jednej strony tak proste w przekazie słowa, zawierają w sobie zaskakującą mądrość ukrytą w metaforach. Nie tylko ludzie przemijają i odchodzą w zapomnienie.  Również domy, przepełnione mądrością i doświadczeniem "przyprószone zostają siwizną" i kruszeją z upływem lat.

"Dom" to sentymentalna podróż, fascynująca opowieść i przepiękne ilustracje wykonane przez Roberto Innocentiego, który został uhonorowany w 2008 roku Nagrodą im. H.Ch. Andersena. To książka, którą trzeba znać.

Za lekturę dziękuję Wydawnictwu Bona


2.17.2013

"Wyśnione miłości" (2010)



Cieszę się, że wreszcie mogę wrócić do blogosfery.Obrona pracy magisterskiej poszła jak z płatka i mogę ponownie zatracić  się w drobnych przyjemnościach jak filmy, muzyka i książki. Zaczniemy od filmu.


Czy imię i nazwisko Xavier Dolan coś Wam mówi? Nie? To najwyższy czas poznać tego 23(!) letniego chłopaka, który swoim talentem mógłby obdarować niejednego aktora, reżysera i scenarzystę. W wieku 20 lat wyreżyserował i napisał scenariusz do swojego pierwszego filmu "Zabiłem swoją matkę", w którym zagrał główną rolę. Artysta niemal natychmiastowo został okrzyknięty wybitnym talentem, a jego praca nagrodzona wieloma prestiżowymi nagrodami.

"Wyśnione miłości" to kolejny jego film o..... kurcze nie mogę Wam powiedzieć, bo popsuje całą tajemnicę i magię jaką niesie za sobą to arcydzieło. Tak, arcydzieło! Jest tak plastyczny, powabny, pełen wdzięku i subtelny, że momentami zapiera dech w piersiach. Bohaterowie są zagubieni, onieśmieleni, owładnięci jakaś dziwną obsesją graniczącą z psychozą. Przez całą projekcie nie można oderwać wzroku. Z zaciekaniem i zachwytem chłonęłam kolejne obrazy i na samą myśl, o tym, że film może się skończyć poczułam niewymowny żal.

Jeśli chodzi o tło filmu to nie da się nie dostrzec inspiracji stylem vintage. Już w drugim jego filmie przewija się w tle motyw Audrey Hepburn oraz Jamesa Deana. 

Od dziś obok mojej obsesji na punkcie filmów Larsa Von Triera, dołączają filmy wspaniałego Dolana. Nie mogę wyjść z podziwu. Zauroczył mnie w 100%.

Trailer

Przykład genialnie dobranej muzyki i plastyczności filmu:


Genialne, polecam!

2.11.2013

Krótka przerwa z powodu...

Moi drodzy

Na kilka dni (do piątku) chwilowo zawieszam jakąkolwiek działalność na blogu. 14 lutego bronię swojej pracy magisterskiej i obecnie nie potrafię skupić się na czymś innym. Ubolewam z tego powodu, ale mam nadzieję, że od nowego tygodnia, znowu ruszę pełną parą.

Proszę trzymajcie za mnie kciuki w czwartek:)

Zestresowana Kolmanka

2.07.2013

Smakowe kawy na chłodne wieczory


Lubicie, jak ja, zjeść coś słodkiego do filiżanki kawy? Ciasto, ciastko lub czekoladę? Pewnie tak i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie kalorie... Gorzki, palony smak kawy automatycznie przesyła do naszego mózgu sygnał, aby zrównoważyć wrażenia czymś słodkim. Trudno jest się temu oprzeć, szczególnie w dni jak dziś – Tłusty Czwartek. Ale jeżeli ograniczamy słodycze, to poza silną wolą można pomóc sobie, nieco oszukując nasz umysł. Prezentuję więc dziś trzy kawy o wybitnie słodkich i deserowych smakach.


Hawajska noc to aromaty rumu, ananasa i pomarańczy. Jest to mocna i intensywna kompozycja, kojarząca się z malibu i słodkimi likierami. Hawajskie aromaty równoważy kawowa gorycz. Kawa jest gęsta, gorzko-słodka, na długo pozostawia posmak w ustach. Jest w stanie w zupełności zastąpić deser. Doskonale udaje się w kafetierce lub tygielku. Otrzymałam ją w woreczku strunowym w formie ziaren. Najbardziej lubię świeżo zmieloną, aromatyczną. Kawy rozpuszczalne oczywiście też pijam, jednakże znacznie rzadziej. Kiedy mam mało czasu, potrzebuje kofeiny a napój wymaga ode mnie tylko zalania wrzątkiem. 



Kokosowa jest lżejsza od swojej poprzedniczki. Prym wiedzie w niej aromat kokosowy, egzotyczny, delikatnie słodki. Pierwsze moje skojarzenia to dobrze wszystkim znane kokosowe desery i słodycze. Jeżeli ktoś je lubi, to przypadnie mu go gustu również ta kawa. Dlatego już zrezygnowałam z kalorycznych słodyczy popijając tę kawę. Do tego rodzaju kaw najbardziej pasuje bardzo gorzka, ciemna czekolada.

Wiśnie w rumie były dla mnie klasyką jeśli chodzi o herbaty. Uwielbiałam swego czasu to połączenie smakowe, więc tym chętniej spróbowałam kawy o takim aromacie. Kawa prezentuje się różnie w zależności od sposobu przyrządzenia: w mokce lub tygielku „gęstnieje”, daje efekt jednocześnie słodki i gorzki, o rumowych, alkoholowych skojarzeniach. Jedliście kiedyś wiśnie z domowej nalewki? Użycie french pressu lub ekspresu przelewowego, w których napar ma mały i krótki kontakt z fusami, skutkuje kawą delikatniejszą, w której niełatwo odgadnąć dobrze znane składniki. W sam raz na wieczorną małą czarną. Nie wiem jak Wam, ale mi często zdarza się pić kawę przed snem.

Wszystkie opisane przeze mnie kawy znajdziecie w sklepie Skworcu.com.pl


2.06.2013

"Wilczyce" Aneta Borowiec


Do książki podeszłam jak do typowej, relaksującej powieści obyczajowej, opowiadającej o młodej kobiecie, która poprzez nieoczekiwane zdarzenia w swoim życiu, pobłądziła i desperacko zaczyna poszukiwania swego własnego "ja". To co czekało na mnie w środku książki, okazało się pozytywnie zaskakującą niespodzianką. Debiutancka powieść Anety Borowiec bije na głowę sztampowe "obyczajówki" i niesie za sobą znacznie więcej niż klasyczne "goń za swymi marzeniami".

Niespełna 30 letnia Natalia wiedzie, jak jej się wydaje, ustabilizowane życie u boku wiecznie zapracowanego i wyniosłego narzeczonego. Dziewczyna ma także  gromadę przyjaciółek, kochających dziadków oraz matkę, która jest jej zupełnym przeciwieństwem. Z początku zaczyna się stereotypowo. Natalia staje się świadkiem zdrady swego ukochanego Tomka z jedną z koleżanek i tym samym postanawia odpocząć od dotychczasowego życia i wyjeżdża na wieś, do Wilczyc, gdzie mieszkają jej dziadkowie. Jakby tego było mało senior rodu niespodziewanie trafia do szpitala. Wydawać by się mogło, że fabuła powieści jest z góry ustalona. Bałam się, że podczas lektury nie zaskoczy mnie już nic. No bo przecież teraz bohaterka przebywając na łonie natury, powinna albo wspaniałomyślnie wybaczyć zdradę swojemu narzeczonemu (wysłuchując historii miłości swych dziadków, ich wzlotów i upadków) bądź też poznać sympatycznego, acz skromnego młodzieńca rozwożącego mleko/listy/sprzedającego drób i zakochać się w nim do szaleństwa. Nic takiego się jednak nie dzieje.

Natalia wpada w wir sprzątania wiejskiej chałupki swojej babci i zupełnie przypadkiem natrafia na tajemnicze pudełko, które skrywa bardzo mroczną tajemnicę. Uwaga czytelnika skupiona jest wyłącznie na rozwiązaniu ponurej i krwawej zagadki z przeszłości. Wątek Natalia-Tomek oddala się nieco, dzięki czemu czytelnik zyskuje dodatkowy element zaskoczenia.

Co do minusów. Strasznie irytowała mnie matka głównej bohaterki. Kobieta bardzo wykształcona, lekarz, aczkolwiek tak mało życiowa, tak wyosobniona i wręcz nieludzka, że aż ciężko uwierzyć, że ktoś taki mógłby istnieć w rzeczywistości.. Trudno mi było wyobrazić sobie tak zimną i wyrachowaną matkę. Zupełnie nie rozumiem z jakiego powodu autorka pokusiła się na opisywanie takiej dziwacznej postaci. Według mnie nie wnosi nic do całej historii.

Jak nie trudno się domyślić, Wilczyce to nie tylko nazwa wsi, w której mieszkają dziadkowie Natalii. Wilczycami są także kobiety o niezłomnym, walecznym charakterze, które dźwigają na swym barkach odpowiedzialność za błędy popełnione w przeszłości. Co ważne, są to błędy popełnione przez ich najbliższych. Ludzi, których najbardziej kochają.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Agora

2.04.2013

"Biologiczne mechanizmy zachowania się ludzi i zwierząt" Bogdan Sadowski


Każdy biolog wie, że na nasze zachowanie ma wpływ przede wszystkim szereg substancji chemicznych, procesów fizycznych oraz współdziałania szlaków molekularnych w naszym organizmie. Mimo, że jestem absolwentką Uniwersytetu Medycznego i z końcem roku zostanę także (mam nadzieję) magistrem biologii, to złożoność ludzkiego ciała nie przestanie mnie zadziwiać.


Wydawnictwo Naukowe PWN w jednej ze swoich  książek przedstawia nam zawiły, momentami trudny do zrozumienia, a jednak fascynujący świat leżący u podłoża ludzkiego zachowania. Publikacja zaczyna się od  rozdziału "Zachowanie jako przedmiot badań", gdzie autor opisuje czym jest ta gałąź nauki i jakimi metodami bada się ją na co dzień. Duży nacisk położony jest na metody badań czynności mózgu, co najbardziej mnie interesuje. Swoją pracę magisterską poświęciłam bowiem badaniu oscylacji mózgowej metodą EEG u anestetyzowanych szczurów.

Kolejne rozdziały przynoszą nam wiedzę na temat wpływu genetyki i dziedziczenia na zachowanie zwierząt i ludzi. Jestem nastawiona bardzo sceptycznie do przywiązywania tak dużej roli do "dziedziczenia określonych zachowań", chociaż nie można podważyć faktu, że chcąc, nie chcąc dziedzicznymi w genach nie tylko cechy fizyczne, jak kolor oczu czy budowę ciała, ale i określone zachowania. Ja niestety odziedziczyłam same wady, dolegliwości i trudne do zniesienia cechy charakteru.

Najlepiej oceniam jednak te rozdziały, które traktują o naszych zmysłach. W jaki sposób odbieramy bodźce bólowe i jakie substancje są za niego odpowiedzialne? W jaki sposób powstaje obraz na naszej siatkówce i czym charakteryzują się najpowszechniejsze wady wzroku? Czym uwarunkowane jest nasze agresywne, obronne zachowanie, a jak pracuje nasz mózg podczas snu? Tych wszystkich wspaniałych i zadziwiających rzeczy dowiecie się, czytając tę książkę.

Z pewnością wszystkich zainteresuje także fragment poświęcony procesowi uczenia się. Niby wszyscy wiemy, iż najważniejsza jest systematyczność i częste powtarzanie materiału. Ale wiecie dlaczego? Za wszystko odpowiedzialne są mechanizmy zwane LTP oraz LTD. Co oznaczają te skróty? Ja już wiem, teraz Wasza kolej :)

Za egzemplarz dziękuje Wydawnictwu PWN

2.01.2013

"Muminki. Księga druga" Tove Jansson


Jakiś czas temu pisałam o pierwszym tomie przygód Muminków. Chyba każdy z nas zna te postaci doskonale. Zgryźliwa i buńczuczna Mała Mi, romantyczna i naiwna Panna Migotka, czy też enigmatyczna postać Włóczykija bawią mnie od lat 90-tych. Druga część przygód sympatycznych stworzeń wraz z poprzednim tomem, tworzy piękny, kolekcjonerski lub prezentowy komplet, wydany w twardej oprawie.  



Całość stanowi 523 strony wzbogacone o piękne ilustracje autorstwa pani Jansson. W drugim tomie znajdują się 4 długie opowiastki, wydane wcześniej w osobnych książeczkach. Są to: "Pamiętnik Tatusia Muminka", "Opowiadania z Doliny Muminków", "Tatuś Muminka i morze" i "Dolina Muminków w listopadzie". Ciężko mi zdecydować się na jedną, która szczególnie przypadła mi do gustu. Jednak od zawsze zastanawiała mnie postać tatusia Muminka. Jest to stereotypowy samiec z duszą chłopca marzącego o bezkresnych i niebezpiecznych przygodach. Jako typowy przedstawiciel płci męskiej nie ciągnie go do wypełnienia domowych obowiązków i w tej kwestii zawsze liczy na swą żonę (nigdy nie pozbędę się tego pierwiastka feminizmu z mojego umysłu). Zaryzykowałabym stwierdzenie, że jest trochę ciapowaty i niezdarny. Pisarz ten, ukazywany jest przez autorkę jako samotnik, wiecznie zamknięty we własnej pracowni na strychu, zatopiony w myślach. W końcu Jansson postanawia dodać postaci nieco charakteru i w tatuś Muminka ma swoje 5 minut realizując swe marzenia. Jednak nie będę zdradzała Wam, jakie niebezpieczeństwa i niespodzianki napotkał na swoje drodze. Przekonajcie się sami.

Wiele inspiracji czerpię z postaci Małej Mi, a dokładnie z jej niecodziennego charakteru. Gdy byłam młodsza nie dostrzegałam tego w ten sposób. Teraz wiem, że to kobietka silna, odważna, dla której nie ma rzeczy niemożliwych. "Ja nie dam rady? No to patrz!"

Uwielbiam Muminki i mimo dorosłego wieku, wracam do nich bardzo często. Są ponadczasowe, uniwersalne i ukazują tak beztroskie i sielankowe życie, że nie trudno zatracić się w tych opowiastkach na dobre. Jestem pewna, że za wiele lat przygody przesympatycznych Muminków, będą równie poczytne i popularne jak kiedyś i teraz.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Nasza Księgarnia

1.31.2013

"Autobiografia" Agata Christie



Rzadko się zdarza, że czytam autobiografię. Jednak w przypadku twórczyni przygód o moim ulubionym Poirot i uroczej pannie Marple, musiałam zrobić wyjątek. Christie to bez wątpienia najbardziej znana i najbardziej poczytna autorka kryminałów na świecie. Jak wyglądało jej życie, a przede wszystkim skąd czerpała inspirację?

W opasłej (prawie 500 stron) książce dowiemy się chociażby się kto był pierwowzorem panny Marple i dlaczego detektyw Poirot nie był ulubieńcem autorki. Dla mnie, ogromnej fanki przygód dwójki detektywów to nie lada gratka. W autobiografii opisane są także kolejne losy jej niezbyt udanego, pierwszego małżeństwa, które ostatecznie skończyło się rozwodem. W okresie wojennym zatrudniła się w szpitalu, gdzie zajmowała się lekami i truciznami. Teraz już doskonale rozumiem, skąd te wymyślne rodzaje śmierci w jej książkach, spowodowane przez zabójcze mieszanki chemiczne. Zawsze zachodziłam w głowę jakim cudem Christie tak doskonale zna specyfikę trucizn.

Tuż po wojnie Agata dołączyła do znanego i prestiżowego Klubu Detektywów, który podobno funkcjonuje do dziś. Z czasem autorka objęła funkcje prezesa klubu i wspólnie z innymi autorami wydawała kryminały, które niestety nie zyskały aprobaty cenzorów w Polsce. W pewnym momencie pisarka rozwinęła skrzydła podczas pisania powieści obyczajowych, o czym wie jednak niewielu. Zaskoczeniem było dla mnie to, że Christie nie posiadała pisarskiego wykształcenia. Jej talent rozwijał się samoistnie i w samotności. Kobieta była bowiem typem introwertyka, który swe myśli woli przelać na papier, niż użalać się i zwierzać innym.

Pierwsza Dama Zbrodni miała jednak swoje kobiece poczucie humoru i w przezabawny dla mnie sposób opisała drobne fobie i lęki. Najbardziej zdziwiła mnie jej, obsesyjna wręcz, niechęć do mleka. Autorka nie mogła znieść nie tylko jego smaku i zapachu, ale i widoku. Z drugiej jednak strony sama przyznała, że ubóstwia łamigłówki liczbowe, gry logiczne oraz krzyżówki. Trudno się dziwić, prawda?

Kiedy ponownie wyszła za mąż, rozpoczęła z ukochanym inspirujące i pełne tajemnicy eskapady archeologiczne. Miejscem ich pobytu były wykopaliska na Bliskim Wschodzie, które stały się później tłem jej powieści.

Co ciekawe książka miała swoją premierę w 1977 roku, rok po śmierci pisarki. Jest to najrzetelniejszy zapis wspomnień Agaty Christie i każdy miłośnik jej książek, powinien mieć swój egzemplarz na półce.

Za książkę dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat

1.30.2013

W zielonej herbacie siła!



Wracam dziś do recenzji herbat i będą to dwie zielone herbaty, obie z ciekawymi i niesamowicie aromatycznymi dodatkami.

Nad parzeniem herbaty nie ma sensu się rozwodzić. Jest kilka zasad, które warto przestrzegać, ale dzisiejszy pośpiech sprawia, że nie celebrujemy robienia i picia herbaty. Stąd popularność herbat w torebkach. Producenci czując „ekspresowy” trend sprzedają w torebeczkach nie tylko czarną herbatę, ale również zieloną, białą czy yerba mate, które to gatunki zwykle kojarzyły się z jakimś rytuałem parzenia. W szybkim zrobieniu herbaty nie ma nic złego, ale gdyby znaleźć trochę czasu na rozsmakowanie się w niej, zrelaksowanie, wyciszenie lub na przyjemną rozmowę, to byłyby to bardzo miłe chwile.

Przygotowując zieloną herbatę zwróćmy uwagę na dwie rzeczy: temperaturę wody i długość parzenia. Producenci często sami podają najlepsze parametry dla swoich herbat, więc warto się do nich stosować. Prawie nigdy zielonej herbaty nie zalewamy wrzątkiem, raczej czekamy kilka chwil, aby temperatura wody nieco spadła. Z kolei długość parzenia zależy od naszego gustu. Nie chodzi tu tylko o intensywność smaku. Zasada im dłużej, tym lepiej nie zawsze się sprawdza. Im dłużej herbaciane liście będą miały kontakt z gorącą wodą, tym więcej garbników przejdzie do herbaty. Czuliście kiedyś suche, ściągające uczucie w ustach, pijąc mocną herbatę? Dokładnie takie jak w mocno tanicznym czerwonym winie. Odpowiedzialne za to są właśnie taniny, których sporą ilość – co ciekawe – ja lubię, natomiast mój mąż zdecydowanie woli delikatniejsze napary.

Odwieczna kwestia: słodzić czy nie słodzić? Otóż nie ma jednej konkretnej odpowiedzi. Ci, którzy słodzą nie wyobrażają sobie herbaty bez cukru. Ci, którzy nie słodzą patrzą na tych pierwszych z politowaniem. Wybór jest wyłącznie kwestią gustu. Mój mąż uwielbia zieloną herbatę z miodem...

Przechodzę do recenzji herbat. Wybrałam je, kierując się składem i nie pomyliłam się ani trochę! Pierwsza, Leśny elf to zielona herbata Chun Mee, owoce aronii, dzikiej róży, jagody, jeżyny, czerwonej porzeczki, truskawki oraz kwiaty prawoślazu lekarskiego.  Na pierwszy "niuch" wyczuwam letnie owoce, trochę cukierkowego, bajecznego aromatu. Pół herbatki zjadłam zaraz po zaparzeniu - suszone kawałki jeżyny i czerwonej porzeczki.  Napar ma bardzo intensywny, owocowy, letni smak. Odczucia są wręcz nieziemskie.



Druga herbata to dla mnie absolutny hit! Gruszka z przyprawami to sencha, kawałki gruszek, jabłek, fig, dalej lukrecja, kardamon, anyż gwiaździsty, pieprz czerwony, kwiaty nagietka i piwonii, aromat. Herbata powala gruszkowym zapachem. W smaku jest owocowa, gruszkowa, z przyjemnym rozgrzewająco-przyprawowym posmakiem w tle. Jest pobudzająca, poprawia humor, więc idealnie pije się ją do śniadania, po bolesnym zwleczeniu się z łóżka.


 Gruszka z przyprawami we własnej osobie


Obie herbatki można nabyć w sklepie internetowych Skworcu.com.pl


"Wałkowanie Ameryki" Marek Wałkuski



Stany Zjednoczone wśród Polaków nie zawsze cieszą się dobrą opinią. Obraz tego ogromnego kraju jest pokazywany w mediach tak wycinkowo i wybiórczo, że łatwo jest sobie wyrobić nieprawdziwe przekonania. O mieszkańcach USA powtarzane są też liczne stereotypy, ale czy dotykają one w ogóle prawdy?

Dziennikarz i korespondent Polskiego Radia, Marek Wałkuski, który mieszka za oceanem od wielu lat, bierze na warsztat najbardziej charakterystyczne zjawiska amerykańskiego życia. Opisuje więc kim jest amerykański Jan Kowalski, czyli John Smith i czy w ogóle taki przeciętny mieszkaniec istnieje w wielokulturowym i zróżnicowanym tyglu.

Kwestia wieloetniczności też zostaje poruszona, bo choć USA to kraj otwartości i tolerancji, to napięcia na tle rasowym i narodowościowym wciąż są obecne, co nie może dziwić, biorąc pod uwagę liczbę legalnych i nielegalnych imigrantów, co roku przybywających do USA. Przybysze ci często asymilują się i zostają Amerykanami z krwi i kości, co oznacza przywiązanie do wolności, indywidualizmu... również do swojego samochodu oraz specyficzne podejście do posiadania broni.

Obywatele Stanów, czego się nie spodziewałam, to w większości ludzie religijni, określający się jako wierzący, tworzący tysiące różnorodnych zgromadzeń i kościołów. Życie religijne przypomina bowiem hipermarket Wall-Mart, półki którego są pełne różnych towarów. Amerykanie również mogą swobodnie wybierać swoje wyznanie i zmieniać je w ciągu życia, kuszeni przez... reklamy kościołów. Jeżeli ktoś kocha samochody i uwielbia nimi jeździć, to w USA czułby się pewnie jak w raju. Nie chodzi tu tylko o doskonałą infrastrukturę drogową, ale o całą otoczkę kulturową samochodu. Jest on wyrazem wolności, niezależności i wygody.

Mówiąc o USA, nie da się pominąć kwestii polityki i pozycji tego kraju jako supermocarstwa. Wydarzenia ostatnich lat zrodziły pogląd, że obserwujemy schyłek Stanów Zjednoczonych, jednak Marek Wałkuski nie podziela tej opinii. Siła tego kraju, według autora, to nie tylko gospodarka, dyplomacja i wojsko, ale ponadto atrakcyjność kulturalna i światopoglądowa. Stany są ewenementem w historii, żadne bowiem wzorce nie są tak chętnie kopiowane w innych krajach na całej kuli ziemskiej. Choć takie kraje jak Rosja czy Chiny są potęgami gospodarczymi i militarnymi, to mało kto chce wzorować się na ich systemie prawnym, społecznym, a jeśli chodzi o kulturę to wystarczy porównać ile filmów, książek, albumów muzycznych itp. „eksportują” Stany, a ile inne państwa.

USA nie są wolne od problemów i niesprawiedliwości, wielu mieszkańców żyje poniżej progu ubóstwa, tracą oni prace i domy i często zostają „na lodzie”, ponieważ system pomocy społecznej jest inaczej skonstruowany niż w Europie.

Jest to kraj kontrastów, wielu kultur, narodów i religii, pełen różnych dziwactw i zaskakujących ciekawostek. Po lekturze Wałkowania Ameryki czuje się lepiej przygotowana do odwiedzenia tego kraju, wydaje mi się, że lepiej go rozumiem, zamiast powierzchownie go oceniać i ogromnie chciałabym kiedyś zestawić moje wyobrażenia o Stanach z rzeczywistością.

Za lekturę dziękuję Wydawnictwu Sensus

1.28.2013

Angielski Testy leksykalne dla średnio zaawansowanych


Uwielbiam uczyć się leksyki. Nigdy nie miałam większego kłopotu z nauką słówek, kolokacjami,  słowotwórstwem i błyskawicznym wynajdywaniem synonimów. Wszystkie podręczniki i książki do nauki leksyki sprawiają mi niemałą radość. Co innego gramatyka, ale dzisiaj nie o niej.

Po długotrwałej nauce z fiszek, postanowiłam nieco odsapnąć i powrócić na chwilę do tradycyjnej metody nauki z książki. Po dość długim czasie korzystania z kursów on-line i prostokątnych karteczek, była to dla mnie miła odmiana. I chyba o to chodzi w nauce języków obcych. Częsta zmiana technik nauki, materiałów, sposobów nauki, a nawet miejsc, w których się uczymy, korzystnie wpływa na naszą wydajność. Naukę trzeba urozmaicać, dzięki temu nie staje się nudna i monotonna.

Książka, którą przetestowałam tym razem, to niepozorna (około 130 stron), acz bogata w materiały pozycja sprawdzająca naszą leksykę. W środku znajdziemy testy utrwalające znajomość słownictwa na poziomie średnio-zaawansowanym. Tematyka jest dość szeroka. Od historii i polityki, poprzez życie codziennie, kończąc na zagadnieniach związanych z mediami i prasą. Jak wyglądają przykładowe zadania?  Jedne polegają na wyszukaniu z długiego tekstu (przypominającego notkę prasową, krótką informację popularno-naukową) słówek, które odpowiadają definicją podanym poniżej. Jeszcze inne ćwiczenia są typowymi wykreślankami lub uzupełniankami. Na końcu książki oczywiście znajduje się klucz do zadań. Jak widzicie, podręcznik zapewnia szereg rozmaitych testów, które w bardzo tradycyjny sposób "wkładają" i porządkują naszą wiedzę.

Osoby, które dopiero zaczynają naukę na poziomie B1, będą potrzebowały podczas rozwiązywania ćwiczeń słownika. No i tutaj kłania się następna pułapka. Starajcie się nie korzystać z internetowych słowników. Wiem, że trwa to szybciej, jednak nie jest tak bardzo efektywne, jak ręczne sprawdzenie w słowniku. Osobiście posiadam dwa ogromne Oxfordzkie słowniki angielsko-angielskie bazujące na definicjach i jest to dla mnie straszną frajdą, kiedy mogę przebrnąć przez setki stron w poszukiwaniu enigmatycznego słówka. Tym sposobem lepiej zapamiętuje jego znaczenie, bo włożyłam w to znacznie więcej pracy niż typowe "kopiuj-wklej". I to tego Was zachęcam.

A tak już na zakończenie. Korzysta ktoś jeszcze z tradycyjnych, książkowych słowników?

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Edgard.

"Zaradna" Beata Kępińska



Z niecodzienną ciekawością sięgnęłam po książkę polonistki, która mieszkała i studiowała w tym samym mieście co ja - w Łodzi. Pani Beata Kępińska długo szukała swego miejsca na ziemi i za sprawą tego, bogata jest w doświadczenia, dzięki którym z taką lekkością i swobodą napisała rewelacyjną powieść "Zaradna".

Marta jest już dojrzałą kobietą, wdową, babcią i dawną bizneswomen, kobietą sukcesu. Kobieta walczy z nowotworem piersi, który podstępnie wkradł się jej do życia. Jej leczenie to długie chemoterapie i bolesne operacje, które pozbawiają ją najważniejszych atrybutów kobiecości. Pobyt w szpitalu daje jej okazję do refleksji nad własnym życiem, rozliczenia się z przeszłością i spróbowania zrozumienia swego postępowania. To właśnie podczas leczenia poznaje bogobojną i skromną Halinkę - młodą kobietę z gromadką dzieci, której los, najdelikatniej mówiąc, nie rozpieszcza. To jej optymizm, wiara i radość życia wpłynie na Martę w sposób znaczący. Czy na życiową zmianę nigdy nie jest za późno?

Już od dzieciństwa Marta wychowywana była na kobietę niezależną, waleczną, lekko bezczelną, pozbawioną skrupułów i sumienia. Od tragicznego zdarzenia z wczesnego dzieciństwa małej Martusi, jej ojciec popadł w poważną chorobę psychiczną i dziewczynka znalazła się pod całkowitym wpływem matki. Matka dziewczyny mimo braku wykształcenia i wątpliwej kulturze osobistej, potrafiła "robić interesy". Często poprzez układy i łóżko. Najważniejszy był jednak cel, a nie sposób w jaki można do niego dojść.  To właśnie rodzicielka stała się Marty nauczycielką życia, wyrocznią. Nic więc dziwnego, że bohaterka powieści wyrosła na wyrachowaną i bezduszną, aczkolwiek zaradną i ponętną kobietę.

Marta wiedziała, iż urodą da się wiele osiągnąć i nie krępowała się z tego korzystać. Uwodziła, kusiła, dobijała kontraktów międzynarodowych i załatwiała sobie kolejne stanowiska dzięki swym ponętnym piersiom i ponadprzeciętnie długim nogom. To plus duża dawka sprytu i uporu gwarantowały w tamtych czasach sukces.  Kiedy wyszła za mąż i urodziła córeczkę jej los się odmienił. Kobieta nigdy nie była osobą religijną. Wypierała ze swej świadomości i serca istnieje Boga i jego nauki. Była także przeciwna chrzczeniu swojej córeczki. Wrogów miała nawet we własnych teściach. Napotkała na wiele trudności, musiała stawić czoła przeciwnościom i walczyć z opinią ludzi.

Przyznaje z pełną odpowiedzialnością, iż powieść przerosła moje oczekiwania. Jest dojrzała, mądra, wciągająca i skłania do głębszych refleksji. Momentami bywałam zaskoczona tragicznymi kolejami losu głównej bohaterki. Zaczęłam zastanawiać się co tak właściwie ma wpływ na to, co nam się przytrafia? Czy tylko przypadek? Siła wyższa? Czy to prawda, że tyle ile dajemy od życia, tyle do nas wróci? Bo przecież nie ma na to żadnego matematycznego wzoru.

Polecam lekturę przede wszystkim kobietom. Książka może nie nastraja optymizmem od samego początku, ale ukazuje nam świat z zupełnie innej perspektywy. Perspektywy kobiety, która dzieciństwo i młodość spędziła w burzliwych czasach PRL-u, pełnym pułapek i politycznych potyczek.

Za lekturę dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

1.26.2013

Moje życie w Helsinkach - part 1


Większość z Was wie, że ostatnie miesiące spędziłam na wymianie studenckiej w Finlandii. Jakoś jeszcze nie miałam okazji, aby zdać Wam relację z tej niesamowitej i niezapomnianej podróży. Raz na jakiś czas będę zaskakiwała Was kolejnymi zdjęciami oraz porcjami ciekawostek z jednego z najzimniejszych europejskich stolic. Na zdjęciu powyżej widzicie najbardziej znany i reprezentacyjny budynek Helsinek. Jest to Katedra Luterańska zbudowała w stylu neoklasycznym, stojąca na Placu Senackim. Przez okrągły rok obległa jest przez turystów z całego świata. Nie trudno się dziwić, bo robi ogromne wrażenie z racji swoich rozmiarów.

Pojechałam (z mężem) 1 września, bo właśnie wtedy zaczyna się w Helsinkach rok akademicki. Na zdjęciu obok widzicie mnie (nie wiem, czemu jestem  pochylona jak M.Jackson) przed gmachem uczelni, na której studiowałam - University of Helsinki. Z racji zainteresowań i pasji wybrałam kierunek Neuroscience, czyli prościej mówiąc - neurobiologię. Tutaj w Polsce także próbuje swoich sił w Katedrze Neurobiologii, więc nikogo zbytnio ten fakt nie powinien dziwić:) O tym jak wyglądają studia za granicą, napiszę w kolejnych odsłonach.

We wrześniu najcieplejsze dni zaszczycały nas temperaturą oscylującą w okolicach 19 stopni. Przyznam szczerze, że było to dla mnie błogie wybawienie, po tak upalnym lecie. Niestety z czasem bardzo dotkliwie odczułam brak słońca. Mówię tutaj o totalnym braku słońca. O godzinie 9 rano robiło się w miarę jasno i taki stan rzeczy trwał do 14:30-15:30, kiedy to zapadał zmrok. Przepłaciłam to totalnym desynchronizacją swojego zegara dobowego. Spałam po 10-11 godzin i wiecznie chodziłam niewyspana. Jak sobie z tym poradziłam i jak radzą sobie Finowie? Tego także dowiedziecie się z kolejnych postów.

Niestety nie mogę pochwalić się ilością zwiedzonych miejsc i zabytków, bo zwyczajnie nie miałam na to czasu. Oprócz studiowania i obowiązkowych zajęć, odbyłam staż w jednym z tamtejszych laboratoriów medycznych, oznaczając charakterystyczne markery chorobowe w mysich skrawkach mózgowych osobników chorych na Zespół Tourette'a.

Jednak to, co tworzyło niezapomniany klimat, to ludzie mnie otaczający. Poznałam wielu przesympatycznych, życzliwych i kochanych studentów, dzięki którym mój pobyt wzbogacony był także w liczne rozrywki. Ale o tym innym razem. A jest o czym pisać.

Macie jakieś pytania związane z życiem w Helsinkach? Może chcielibyście dowiedzieć się czegoś, co ułatwiłoby Wam planowaną podróż do tego miasta? Czekam na Wasze pytania. Z chęcią odpowiem na wszystkie.

1.25.2013

Kawowo-miętowe orzeźwienie lub aromatyczny indyjski bazar


Ogromnie cieszę się, że poprzedni teoretyczny post o kawie przypadł wielu osobom do gustu. Dziś zajmę się konkretnymi dwoma kawami – opiszę jak je zaparzyłam, jak pachniały, smakowały i jak je oceniam. Moim celem jest promowanie dobrych kaw oraz ciekawego ich sposobu zaparzania, bo choć kawa jest napojem codziennym i oczywistym (choć nie zawsze tak było; odsyłam do książki „Kawa”), to może być czymś szczególnym i sprawiać wiele przyjemności.


Pierwszą kawą jaką opiszę jest... kawa rozpuszczalna. Zaskoczenie? Pewnie dla niektórych nie, bo co dziwnego jest w kawie rozpuszczalnej? Ano różnica między kawą naturalną a rozpuszczalną jest taka jak między świeżą truskawką a truskawką suszoną i ponownie zalaną wodą. Chwytacie? Albo jak między barszczem na naturalnym zakwasie a barszczem instant z papierka. Jak widać nie mam dobrego zdania o rozpuszczalce. Są oczywiście osoby, które piją tylko kawę rozpuszczalną... najlepiej z mlekiem wprost z lodówki... Ale miało być o dobrych kawach, więc przechodzę do rozpuszczalnej kawy miętowej  W tym wypadku nie ma mowy o sposobach parzenia, wystarczy kawę zalać gorącą wodą i natychmiast otrzymujemy gotowy napar. Czasami liczy się szybkość. Kawa w filiżance tworzy ładną piankę, natychmiast roztaczając aromat mięty i mentolu. Wiedziałam, że kawa pobudza, ale żeby orzeźwiała? Tak, ta kawa ma wyrazisty smak mięty, kojarzy mi się z czekoladkami „After 8”, jest pyszna i pozostawia chłodzące, mentolowe odczucie w ustach. Jest to o wiele ciekawsza propozycja kawy rozpuszczalnej, niż tradycyjne jej odpowiedniki.
Kawa „indyjski bazar” to ziarna Kolumbia Excelso z aromatem indyjskich przypraw i bakalii. Bez obaw, nie jest to curry ani ostra masala. Kawę tę zaparzałam moimi ulubionymi sposobami i najlepszy efekt osiągnęłam we french pressie. Kawę zmieliłam średnio drobno, zalałam gorącą, przegotowaną wodą i po 2-3 minutach wcisnęłam w dół tłoczek, który zebrał fusy na dnie zaparzaczki, pozostawiając czysty, delikatny i aromatyczny napar. Musicie wiedzieć, że wrzątek wypłukuje z kawy to, co dobre, ale po dłuższym czasie również to, co złe. Dlatego nie lubię kawy z fusami. French press jest idealnym rozwiązaniem, bo umożliwia odciśnięcie drobin w momencie, gdy tego chcemy. Można w ten sposób zrobić dużą czarną kawę o delikatnym profilu zapachowo-smakowym. Indyjski bazar, zgodnie z nazwą, odznacza się orientalną mieszanką aromatów i smaków, z których – jak na bazarze – zapachy łączą się ze sobą, miksują i tworzą jeden, bogaty i uwodzący nos aromat. Wyczuwam tu rodzynki, daktyle, chałwę, czyli zdecydowanie słodkie zapachy, ale smak pozostaje wciąż głównie kawowy, choć w tle przewijają się przyprawowe i bakaliowe nuty. Kawa jest delikatna, bez mocnej goryczy, ale nie brakuje jej „ciała”. Polecam ją na popołudniową kawę, może w towarzystwie jakiegoś deseru (jeśli na chwilę zapominamy o liczeniu kalorii).

Wszystkie zrecenzowane przeze mnie produkty można nabyć na stronie sklepu internetowego 



Drodzy czytelnicy i czytelniczki, czy następny post powinien według Was traktować o herbacie, kawie czy czekoladzie do picia?

Wyniki konkursu z platformą Multikurs.pl

Miło mi ogłosić, iż zwycięzcami są:

Karolina - sama byłam w takiej sytuacji na moim Erasmusie, więc doskonale Cie rozumiem
Isadora - za ten podziw w oczach gimnazjalistki :)
Kuki - za podkreślenie znaczenia poprawnego akcentu i świetną metodę motywacji "na plusy"

Gratuluje Wam dziewczyny!

Proszę wybierzcie sobie dowolny kurs ze strony Multikursu. Zarejestrujcie się na stronie i prześlijcie mi swój login oraz dokładną nazwę wybranego kursu. Wasze loginy i nazwy kursów przekażę osobie odpowiedzialnej za konkurs, która uruchomi Wam wybrany kurs na 3 miesiące.
Piszcie na : paulina.klos@gmail.com

Dla tych, którym nie udało się wygrać kursu, zachęcam do skorzystania z promocji -30%. Promocja trwa do 12.02.2013.


"Wielka gramatyka języka niemieckiego"



Coraz więcej osób z mojego otoczenia przekonuje się do nauki języka niemieckiego. Przychodzi to z jednak z czasem. Kiedyś już o tym pisałam i dziwie się czemu matematycy nie wpadli na pomysł jakiegoś algorytmu lub wzoru, który wyjaśniał by tę zależność. Zauważyliście, że niemiecki się albo kocha albo nienawidzi? W 99% przypadków wynika to z braku sympatii do nauczyciela, który uczył nas tego języka w liceum lub gimnazjum. Zawsze byłam wielką entuzjastką nauki języków obcych, jednak niemiecki odbijał mi się czkawką od pierwszej klasy podstawówki.

Wspomniałam o tym, że mąż uparł się na język niemiecki. Oprócz kursu on-line, korzysta także z tradycyjnych, książkowych metod. Ostatnio postanowił skorzystać z niedawno wydanej przez Edgard Wielkiej Gramatyki języka niemieckiego. Dlaczego wydawcy określili ją mianem wielkiej? Głównie z powodu objętości. Na 408 stronach znajduje się materiał przeznaczony zarówno dla początkujących, jak i zaawansowanych. Autorzy polecają ją także, jako pomoc, w przygotowaniach do matury oraz innych egzaminach językowych.

Co czeka na nas w środku? Aż 125 zagadnień, od podstawowych informacji dotyczących alfabetu i wymowy, po zdania podrzędnie złożone. Niezły rozrzut, prawda? Na samym końcu książki znalazły się testy jednokrotnego wyboru, sprawdzające poziom opanowania zagadnień z całego podręcznika, a także tabele gramatyczne i odpowiedzi do wszystkich zadań. Jestem pewna, że to wydanie będzie służyło samoukom przez cały etap edukacji języka niemieckiego.

Malutkim minusem jest zbyt mała ilość miejsca, przeznaczonego na wpisywanie odpowiedzi. Nie wszędzie oczywiście, jednak są miejsca, gdzie ciężko upakować słówka typu durchschauen. Szczególnie, kiedy ktoś ma taki styl pisania, jak ja i stawia wszędzie ogromniaste litery. Mój mąż nie zauważył tego problemu, więc to tylko osobiste odczucie.

Czego wolicie się uczyć? Słówek czy gramatyki?

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Edgard

1.24.2013

O kawie


Dziś spełniam swoją obietnicę pisania o kawach, herbatach i czekoladach. Zacznę być może nieco teoretycznie, ale sądzę, że kilka faktów i moich doświadczeń wzbogaci również Waszą wiedzę.

Jeżeli mówimy o kawie, to najczęstszym pytaniem jest w jaki sposób ją zaparzyć, tzn. w jakim „sprzęcie”. Skoro zajmuje nas proces zaparzania, to znaczy, że pewnie mamy już najlepsze i najaromatyczniejsze ziarna kawy (zmielone lub nie). Czy tak jest w istocie? Obawiam się, że często wiedza na temat samej kawy, jej rodzajów, właściwości i przechowywania jest nikła i wówczas „pompowanie” pieniędzy w drogie ekspresy ciśnieniowe mija się z celem. Nawet najbardziej wypasiony ekspres nie wyciśnie nic dobrego z kiepskiej kawy.

Wróćmy więc do korzeni, czy raczej, jak w tym przypadku, do ziarna. Idealną sytuacją byłby zakup świeżo palonej kawy. Nie są to jednak bułeczki, które są najlepsze prosto z pieca, jeszcze ciepłe. Kawa po wypaleniu potrzebuje około tygodnia na odgazowanie się i dokończenie procesów rozpoczętych w wypalarce. Czy producenci chwalą się datą palenia ziaren? Zwykle nie, choć są chlubne wyjątki. Spotkałam się za to z teorią, że kawa najczęściej otrzymuje 18-miesięczny okres przydatności do spożycia, wystarczy więc znaleźć tę datę na opakowaniu i odjąć 18 miesięcy, aby otrzymać przybliżoną informację o tym, kiedy kawę wypalono (lub spakowano).

Zakup świeżej kawy, wbrew pozorom, nie jest dziś rzeczą trudną. Od czego są sklepy internetowe, a w niektórych miejscowościach można znaleźć sklepy z kawami lub kawiarnie, które same wypalają swój produkt (w samej tylko Łodzi znam 3 takie miejsca!). Nie muszę chyba mówić, że towar prosto od sprzedawcy jest najświeższy i atrakcyjny cenowo. No i wyobraźcie sobie jak pachnie w takim sklepie!

Jeżeli mamy już sklep z kawą, to pora zastanowić się nad wyborem. Kawy są bowiem różnorodne i potrafią diametralnie różnić się w smaku w zależności od rodzaju i sposobu przyrządzania.
Jeśli chodzi o gatunek, to popularne kawy mielone (tzw. mielonki) lubią szczycić się, że są w 100% arabikami, tj. ziarnami kawy z gatunku coffea arabica. Przeciętny kawosz wie, że arabika to ta lepsza kawa, a jest jeszcze ta gorsza... jak jej było?.. a, robusta! Napis „100% arabica” daje nam jednak taką gwarancję jakości jak złote opakowanie pewnej włoskiej kawy, czyli żadną. Robusta w mieszance daje kawie więcej kofeiny, gęstości, aromatów dymu, popiołu i podobnych. Często spotyka się ją we włoskich mieszankach dla espresso. Pamiętajmy, że jeżeli kawa pochodzi z nieświeżych, stęchłych lub zwyczajnie kiepskich jakościowo ziaren, to choćby to była 1000% arabika, to nic jej nie pomoże.

Kolejną kwestią są kawy aromatyzowane i naturalne. Do tych pierwszych podczas palenia dodaje się przeróżne aromaty, te drugie natomiast powinny odróżniać się miejscem pochodzenia i sposobem obróbki (sortowanie, mycie, suszenie), np. nazwa „Kenia AA washed” oznacza kraj producenta, najlepsze jakościowo i największe ziarna (AA) oraz mokrą metodę obróbki (washed), podczas której jagody kawy po zbiorze są moczone w wodzie i poddawane fermentacji, co ułatwia pozbycie się miąższu i dostanie do środka, gdzie czekają (zazwyczaj) dwa zielone ziarenka. Wybór między kawami aromatyzowanymi i naturalnymi, w których można się doszukiwać różnych posmaków, zależy od indywidualnego gustu. Ja lubię oba typy, choć bardziej kawy z aromatem, szczególnie gdy jest on zaskakujący i niecodzienny (jak np. „Indyjski bazar”, widoczny na zdjęciach, a który otrzymałam ze sklepu skworcu.com.pl; recenzja niebawem).

Nie wspomniałam jeszcze o stopniu palenia ziaren. Ma to ogromny wpływ na smak kawy. Jeżeli mamy możliwość spróbowania kaw o różnym stopniu palenia, to gorąco do tego zachęcam. Co więcej, kawa o pewnym stopniu palenia lepiej się udaje w określonych zaparzaczach (np. mocno palona w kafetierce/mokce).
Przechodząc do akcesoriów kawowych, zacznę od najważniejszego moim zdaniem, – i wcale nie będzie to ekspres – a młynek. Dlaczego? Ziarna kawy dłużej zachowują świeżość niż mielonka, dlatego zawsze mielę tylko tyle kawy, ile potrzebuję w danej chwili. Zgadnijcie gdzie trzymam resztę niezmielonych ziaren? W lodówce... Wiem, że jest tyle pięknych puszek i pojemników na kawę, które uroczo wyglądają w kuchni, ale kawa szybko w nich wietrzeje. Dlatego używam pojemników tupperware i trzymam je w lodówce, co spowalnia utratę świeżości. Wracając jednak do młynka, to najlepiej gdyby był żarnowy. Dostosowujemy w nim łatwo stopień mielenia, kawa jest mielona równomiernie i nie nagrzewa się, tak jak podczas użycia młynka ostrzowego, który często mieli nierównomiernie, tj. daje spore cząsteczki i jednocześnie dużo pyłu.

Zbliżamy się w końcu do metod zaparzania kawy. Jest ich całkiem sporo i dziwi mnie obecny szał na ekspresy ciśnieniowe. Mają one być synonimem lepszej kawy i nowocześniejszego domu, czasami szpanem, ale bywa i tak, że to pomysł nietrafiony i codzienna udręka (nie mówiąc o stratach finansowych). Z drugiej strony, prawdziwego espresso napijemy się tylko z ekspresu (bo tak ustalił Istituto Nazionale Espresso Italiano, czyli Włoski Instytut Espresso). Inne zaparzacze nie muszą być wcale gorsze, są łatwe w obsłudze i... tańsze. Co zatem wybrać: frenchpress, mokę, aeropress, drip, syfon, ekspres przelewowy, tygielek... a może zalać kawę w szklance? Nie no, nie róbmy obciachu z fusami. Temat jednak rozwinę już w następnym poście.

1.23.2013

Konkurs językowy! Wygraj dowolny kurs on-line.




Witajcie!  Ostatnio na blogu podzieliłam się z Wami swoją opinią o kursach on-line na platformie Multikurs.pl. Dzisiaj mam dla Was OGROMNĄ NIESPODZIANKĘ. Platforma Multikurs.pl ufundowała dla Was 3 miesięczny dowolnie wybrany kurs języka obcego. Do wyboru jest aż 9 języków na różnym stopniu zaawansowania. To od Was zależy czy wybierzecie kurs gramatyki, kompleksowy czy naukę słownictwa.

Pytanie konkursowe, na które należy odpowiedzieć pod tym postem brzmi:
"Co jest dla Was największą motywacją podczas nauki języków obcych"?

Na odpowiedzi czekam do piątku do godziny 20:00. Spośród Waszych wypowiedzi wybiorę 3 najbardziej dla mnie interesujące i inspirujące.

Wyniki podam na blogu późnym wieczorem w piątek. Osoby wygrane będą poproszone o rejestracje na platformie i podanie mi swoich loginów. Po przesłaniu mi informacji, podam Wam kody do uruchomienia  wybranych kursów.
Zachęcam do konkursu i zapoznania się z ofertą platformy Multikurs!



1.22.2013

"English for Active Communication" Piotr Domański


Podręczniki i książki do nauki języka angielskiego mają przeróżny układ. Czasami są przeładowane tabelami, rysunkami i setkami ćwiczeń, a czasem ich forma jest bardziej prosta i tradycyjna. Tak jest w przypadku publikacji "English for active communication". Książka została wydana w 2008 roku nakładem wydawnictwa Poltext, które specjalizuje się nie tylko w tematyce biznesu i marketingu, ale także wydaje bardzo ciekawe publikacje do nauki języków obcych (szczególnie bogata oferta dotyczy języka angielskiego, niemieckiego oraz rosyjskiego).

Książka została specjalnie opracowana dla osób pracujących w biznesie, którzy na co dzień współpracują z rynkami zagranicznymi i prowadzą z nimi negocjacje. Miałam pewne obiekcje przed otwarciem książki, z powodu takiej zapowiedzi na tylnej okładce. Miło się jednak zaskoczyłam. Uważam, że jest niesłychanie uniwersalna i nie powinna być definiowana jako ściśle biznesowa, bo może to zniechęcać samouków.

To, co przydało mi się najbardziej to rozdział poświęcony publikacjom naukowym i wystąpieniom konferencyjnym/publicznym. Bywa to przecież tak stresujące, że wszystkie znane słówka wylatują nam z głowy. Dobrze znam tę sytuację. Już chcę coś powiedzieć, kiedy nagle wszystkie synonimy są poza moim zasięgiem. Poza stresem, który czasem jest trudny do opanowania, należy mieć w zapasie zwroty, które można użyć w zastępstwie tych zapomnianych. I właśnie tę umiejętność można nabyć dzięki wspomnianej wyżej książce. Tym samym uczymy się przepraszać na 13 sposobów czy też składać reklamacje na 27. Autor podręcznika sporo miejsca poświęcić na omówienie zasad poprawnej korespondencji w języku angielskim, zarówno formalnym jak i nieformalnym.

Bardziej zaawansowani znajdą tutaj wzory kolokacji angielskich czy praktyczne zastosowanie gramatyki w tekstach i mowie.

Polecam książkę osobom o wyższym  stopniu znajomości języka, którzy chcą do perfekcji opanować poprawność jego użycia, zarówno w pisanego, jak i mówionego.

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Poltext

1.20.2013

Nowy cykl na blogu - W świecie kawy, herbaty i czekolady


W tę mroźną niedzielę chciałam poinformować Was o cyklu, który ruszy na blogu w przyszłym tygodniu. Od  dobrych kilku lat jestem fanatyczką aromatycznych napojów, które pomagają mi się relaksować podczas czytania książek. Nie ważne czy jest to kawa, herbata, czekolada czy woda mineralna z imbirem i cytryną. Ważne, żeby pasowała do mojego nastroju i charakteru czytanej przeze mnie książki. Ci, którzy mnie znają, doskonale wiedzą, że jestem osobą wyjątkowo wybredną w wyborze gorących napojów. Nie dla mnie czarna herbata z cytryną i cukrem. Chyba już nie pamiętam, kiedy w ogóle ostatnio używałam cukru do czegokolwiek.


Lubię eksperymentować także z różnymi stylami parzenia kawy - kafetierki, french pressy, aero-pressy (nowy patent przywieziony z Helsinek), ekspresy ciśnieniowe, na kapsułki lub tradycyjne zaparzenie - to nieomal cała ceremonia.

Lubię niecodzienne połączenia, których aromat roznosi się po całym mieszkaniu i rozbudza zmysły. Tym samym raz w tygodniu prezentować będę moje najnowsze odkrycia i sposoby parzenia, podawania oraz dekoracji i przyprawiania kaw, herbat i czekolad.

Zapraszam do lektury!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...