
"Akcja "Pani Dalloway" rozgrywa się w ciągu zaledwie jednego czerwcowego dnia 1923 roku w Londynie. Na pozór niewiele się tu dzieje: tytułowa bohaterka przechadza się po mieście, spotyka parę nieznajomych, przygotowuje wieczorne przyjęcie, odwiedza ją mężczyzna, którego kiedyś kochała. W istocie jednak powieść jest istnym kłębowiskiem uczuć i namiętności. Dzięki zastosowanej przez autorkę technice strumienia świadomości czytelnik nie tylko obserwuje świat z perspektywy kilku bohaterów, lecz także towarzyszy ich myślom i emocjom, odkrywając, co naprawdę czai się za fasadą ładu, harmonii i rodzinnego szczęścia."
I co ja mam Wam powiedzieć?:( Niestety książka, jak dla mnie, przereklamowana. Jak już pisałam dwa posty niżej, była to jedna z najnudniejszych książek jakie dane mi było czytać. Jeden dzień z życia Pani Dalloway został rozpisany na 210 stronach. Męczyłam się okrutnie. Jednak z drugiej strony, może to moja wina, bo książkę nie czytałam w skupieniu, bo cały czas stresuje się tą obroną i pytaniami z 3 lat nauki:(. Pisarce dam ostatnią szansę przy okazji czytania "Fal". Być może zbyt surowo oceniłam tę książkę i nie wykluczone, że do niej wrócę raz jeszcze. Tymczasem wracam do mojej immunologii:(
Baj, Baj..:)
Hm, to zależy, czego się spodziewałaś po tej książce. Jasnym jest, że autorka stosuje "strumień świadomości", a on w swej istocie polega na (pisząc w skrócie) próbie zapisu toku naszych myśli, wrażeń, chwilowych i ulotnych odczuć itd. Innymi słowy: w centrum uwagi nie pozostaje fabuła.
OdpowiedzUsuńPowodzenia na obronie!
Pozdrawiam serdecznie^^
Mi się właściwie nawet podobało, tyle, że często gubiłam się, nie wiedziałam już co kto myśli, dopiero po dłuższej chwili orientowałam się, że mowa już o innym bohaterze. Ale bardzo chciałabym przeczytać jej "Chwile wolności". Kiedyś zaszaleję i sobie kupię, obiecuję to sobie od nie wiem jak dawna ;)
OdpowiedzUsuńNie miałam jeszcze okazji zapoznać się z tą autorką, ale czytałam wiele różnorakich opinii na jej temat i jestem bardzo ciekawa, czy i mnie bardziej znudzi, czy raczej zachęci.
OdpowiedzUsuńNo nic, może niebawem to sprawdzę :)
Och... Powodzenia w nauce. "Pani Dalloway" nie czytałam, chociaż miałam zamiar. Może jednak zrezygnuję ;).
OdpowiedzUsuńWidzę, że czytasz teraz jedną z moich ulubionych książek. "Smak języka" jest cudowny. Mam nadzieję, że Ci się spodoba :).
Oo,to mnie zaskoczyłaś! Od roku wisi na mojej liście do kupienia ale teraz zastanowię się dwa razy.Nie chcę kolejnej męczącej książki.
OdpowiedzUsuńprzereklamowana? cóż... ale "smak języka" mnie zaintrygował:P
OdpowiedzUsuń"Pani Dalloway" to książka trudna. Wymaga koncentracji, skupienia i wyciszenia, nie skreślaj jej. Są książki ,któe warto odłożyć na półkę, żeby się trochę oswoiły. A z tą warto tak zrobić. Ale zanim znów po nią sięgniesz, polecam dzienniki Virginii. Pozdrawiam serdeczne
OdpowiedzUsuńJa "Panią Dalloway" czytałam dawno temu; pamiętam, że mnie poruszyła. Kiedyś do niej wrócę, tylko najpierw muszę posiąść na własność :)
OdpowiedzUsuńKolmanko, obstawiam, że "Fale" Ci się jeszcze bardziej nie spodobają - są zdecydowanie cięższe w odbiorze.
Właśnie miałam wielką ochotę na przeczytanie tej książki. Czytałam Woolf "Do latarni morskiej" i byłam zachwycona. Może warto przeczytać właśnie tę Virginię ...:)Pozdrawiam i powodzenia na obronie :)
OdpowiedzUsuńTak, macie racje, totalnie nie skupiłam się na lekturze "Pani Dalloway". Oczywiście zrobię drugie podejście i spojrzę na książkę na nowo:)
OdpowiedzUsuń