5.27.2013
"Co się dzieje w mojej głowie? Jak działa twój mózg i dlaczego robisz to, co robisz?" Robert Winston
Nie ma chyba nic ciekawszego niż popularnonaukowa książka dla dzieci. Teoria przedstawiona jest w sposób bajkowy i nauka staje się wtedy czystą przyjemnością. A jeżeli książka omawia zagadnienia z neurobiologii, to już w ogóle zasługuje na szczególną uwagę. Tak też jest w przypadku jednej z kilku książek autorstwa Roberta Winstona. Dość niepozorna objętościowo pozycja jest istną skarbnicą wiedzy o tym, co kryje w sobie nasz mózg i co sprawia, że jesteśmy kim jesteśmy.
W środku czekają na nas bogato ilustrowane strony, dziesiątki ciekawostek i zabawnych wtrąceń. Książka na początku wprowadza czytelnika w fascynujący świat neuronów i synaps, po czym pokazuje jak funkcjonują nasze zmysły, w jaki sposób nabywamy umiejętności i co sprawia, że wykazujemy talent w określonym kierunku. Co więcej, mały naukowiec może na własną rękę podjąć się wykonania niektórych eksperymentów. Poznajemy sylwetki najbardziej szalonych badaczy i z uwagą śledzimy pracę ludzkiego mózgu. Na końcu książki autor umieścił słowniczek pojęć związanych z neurobiologią, dla tych, którzy jeszcze nie zdążyli zapoznać się z podstawową terminologią.
Doskonała książka dla ciekawych świata dzieciaków, które zawsze mają milion pytań na minutę. Z czystym sumieniem polecam ją dzieciakom w wieku 8-12 lat. Przypuszczam, że niejeden dorosły wyniósłby sporo z lektury tej książki. W promocji można ją nabyć za 15-19 złotych, w zależności od księgarni. Polecam!
Za książkę dziękuję Wydawnictwu G+J.
5.23.2013
Arcyciekawa, kocia inicjatywa w Łodzi!
Ten, kto od dawna śledzi mojego bloga, dobrze wie, że niezła ze mnie kociara. Na widok kociej mordki rośnie mi serce i nic bardziej nie rozczula jak kocie poduszki na łapkach. Dlatego nieomalże podskoczyłam do sufitu, gdy dowiedziałam się, że Łodzi ma szansę (i to dość spore) powstać kocia kawiarnia!
Akcja ma swoją stronę na fejsbooku -> kilk
Podobne miejsca funkcjonują już w Paryżu, Japonii, Londynie, Wiedniu oraz Budapeszcie. Do tego zacnego grona ma szansę dołączyć Łódź! Oprócz tego, że będzie to niesłychanie oryginalna kawiarnia z kotami (i kocią atmosferą) to dodatkowo miejsce spotkań kulturalnych i towarzyskich. Organizatorzy planują też szeroką szkoleniową i warsztatową.
Więcej na temat samej inicjatywy znajdziecie pod tym adresem - > "U kotów"
Co sądzicie o takich miejscach? A może już byliście?
Akcja ma swoją stronę na fejsbooku -> kilk
Podobne miejsca funkcjonują już w Paryżu, Japonii, Londynie, Wiedniu oraz Budapeszcie. Do tego zacnego grona ma szansę dołączyć Łódź! Oprócz tego, że będzie to niesłychanie oryginalna kawiarnia z kotami (i kocią atmosferą) to dodatkowo miejsce spotkań kulturalnych i towarzyskich. Organizatorzy planują też szeroką szkoleniową i warsztatową.
Więcej na temat samej inicjatywy znajdziecie pod tym adresem - > "U kotów"
Co sądzicie o takich miejscach? A może już byliście?
"Jak mówimy...? Gramatyka angielska - łatwa i przyjemna" Izabella Rodzik-Sambierska
Książka "Jak mówimy...? Gramatyka angielska - łatwa i przyjemna" jest pozycją, która doskonale nadaje się do wszelakich powtórek - egzaminy, certyfikaty, matura. Jednak raczej nie polecam jej osobom, które nigdy nie miały kontaktu z językiem angielskim. Podręcznik ten zawiera teorię (bez ćwiczeń) popartą licznymi przykładami, porządkującą czasy, wyrażenia gramatyczne oraz interpunkcję.
Autorka zaczyna od omówienia czym jest język angielski, jak i gdzie powstał - podaje tło historyczne. Następnie dość obszernie opisuje cechy charakterystyczne tego języka pod kątem fonetyki, intonacji, akcentów i rytmu. Ten rozdział to zdecydowanie dobry wstęp dla osób początkujących. Szkoda, że w dalszych rozdziałach zupełnie zrezygnowano z ćwiczeń sprawdzających zdobytą wiedzę, bo znacznie podniosłoby to atrakcyjność książki.
Książka nie różni się znacznie od innych tego typu wydawanych na rynku. Niemniej jednak jest to pozycja rzeczowa i konkretna. Teoria objaśniona jest w sposób jasny i całkiem przystępny, nawet dla młodszych uczniów. Świetnie byłoby, gdyby autorka wydała kolejną część książki, tym razem w całości poświęconą ćwiczeniom na znajomość gramatyki.
Za książkę dziękuję Wydawnictwu Poltext
5.21.2013
"Jedz co chcesz. Sąd nad polskim stołem" Krystyna Naszkowska
Bardzo się cieszę, że ta książka dostała się w moje ręce. Co więcej, przeczytałam ją nie tylko ja ale i połowa mojej rodziny. Dawno nie spotkałam tak rzetelnej, mądrej, a przede wszystkim konkretnej książki o żywieniu. Będę zdecydowanie rozpływała się nad książką, bo według mnie zasługuje na szczególną uwagę.
Bardzo niewielu z nas zastanawia się na wyborem żywności, które na co dzień spożywamy. Głęboko w głowie tkwią nam pewne mity i ostrzeżenia, które przekazywane były z pokolenia na pokolenia. A to dziadek ponarzeka, że jedzenie jajek zwiększyło mu poziom cholesterolu, a to babcia pod niebiosa wychwala margarynę, a ciocia głośno krytykuje żywność GMO. Żadne z tych osób nie ma racji.
Krystyna Naszakowska wzięła pod lupę polską kuchnię. W rozmowie z dietetykami oraz naukowcami udowodniła, iż wiele powszechnie panujących przesądów już dawno powinno odejść do lamusa. Pochyla się nad kłopotliwą kwestią spożywania jaj, mięsa, picia herbaty, kawy i mleka, cholesterolu czy katorżniczych diet. Ja, jako absolwentka uczelni medycznej zdawałam sobie sprawę, z istnienia w społeczeństwie pewnych uprzedzeń żywieniowych i nieomal paranoicznego lęku przed spożywaniem maseł czy jajek na twardo. Dlatego tak bardzo się cieszę z tego, że wreszcie na naszym rynku opublikowano książkę o racjonalnym i zdrowym odżywianiu, która jest dostępna i zrozumiała dla każdego. Wszystko to wytłumaczone zostało w taki sposób, że nawet laik, całkowicie nie obeznany w temacie, załapie w czym rzecz. Na końcu książki znajduje się specjalny słowniczek, który pomoże w rozszyfrowaniu trudniejszych terminów.
Ogromną satysfakcję czułam czytając rozdział poświęcony GMO. Na studiach ten temat wałkowany był do obrzydzenia, więc w ogromną frustrację i agresję wprowadzały mnie opinie mediów i polityków o potencjalnych zagrożeniach z tym związanych. Wszystkie rozmowy z osobami przeciwnymi GMO, nieomal zawsze kończyły się wielką kłótnią. I wreszcie, po latach czekania temat został doskonale umówiony w książce "Jedz co chcesz" i wielka za to autorce chwała. Mam nadzieję, że Polacy sięgną po tę książkę i na ich umysły spłynie wielkie oświecenie, a głupie reklamy i jeszcze głupsi ludzie je tworzący odejdą w zapomnienie.
Genialna, acz dość niewielka objętościowa książka, która można zmienić Wasz sposób myślenia! To pozycja, którą musi przeczytać każdy, niezależnie od wieku.
Za lekturę bardzo dziękuję Wydawnictwu Agora.
5.20.2013
"Pępowina" Majgull Axelsson
Po przeczytaniu "Domu Augusty" wiedziałam już, że Majgull Axelsson nie należy do pisarek, których powieści czyta się nieśpiesznie w długie, letnie popołudnia. Wymaga od czytelnika maksymalnego skupienia i odporności psychicznej. Nie inaczej jest w przypadku "Pępowiny".
Tym razem Axelsson dotyka problematyki macierzyństwa i próby ucieczki od błędów popełnianych przez własne rodzicielki. Niestety, często bywa tak, że chcąc wychowywać swe pociechy w inny sposób, popada się w skrajności, które zwykle przynoszą jeszcze więcej krzywd. Czasami ucieczka od ran zadanych w dzieciństwie jest brnięciem w ślepą uliczkę. Tak, jak w przypadku "Domu Augusty" bohaterki dziedziczą nieszczęście, które w tej czy innej formie uaktywnia się w kolejnych pokoleniach. Axelsson nie szczędzi bolesnych słów. Jest bezpośrednia i szczera aż do bólu. Zagłębia się w tunele kobiecej psychiki, próbując uniknąć usprawiedliwiania swoich bohaterek.
Minna ma zawiłą przeszłość. Jej narodziny nie były planowane. Co więcej, od najmłodszych lat czuła się niekochana i zwyczajnie zawadzająca. Matka Minnny skutecznie wpajała jej, że jest niczym. Ojciec z kolei był chłodny i nieczuły. A babka wyrachowana i wyjątkowo złośliwa. Nic więc dziwnego, że Minna pragnęła dla swej córki czegoś zupełnie innego. Chciała aby Sofia czuła się wyjątkowa i kochana, a przede wszystkim potrzebna. To co w teorii wydawało się proste, w praktyce przyniosło tragiczny skutek.
Akcja powieści "Pępowina" rozgrywa się malutkim, szwedzkim miasteczku Arvika. Zajazd, w którym znajduje się restauracja, Minna przejęła po swej ciotce Sally. Dochodzi do niebezpiecznego sztormu, które paraliżuje całe miasteczko i jedynym rozsądnym schronieniem dla przejezdnych wydaje się być właśnie zajazd Minny. W jednym miejscu spotykają się Minna wraz z pracownicą Anette , Ritva (młoda, ambitna dziennikarka) oraz Margerite (była słynna aktorka). To właśnie anomalia pogodowa będzie czynnikiem, które połączy wszystkie kobiety. Każda z nich niesie na barkach ciężkie brzemię, bolesną przeszłość i problemy codzienności, skrzętnie ukrywane pod powłoką szczęścia i radości. Anette towarzyszy widmo opieki nad uzależnionym od alkoholu mężem, silnym konfliktem z rodzicami, którzy odebrali jej córkę, w obawie o przyszłość dziewczynki. Margerite również towarzyszy problem z alkoholem, z którym nawet nie ma siły walczyć. Jej nałóg sprawia, że nie potrafi znaleźć wspólnego języka z mężem oraz synem, który próbuje nawet popełnić samobójstwo. Ritva przez całe swe życie stara się spełnić ambicje swego ojca, dla którego każdy sukces córki jest osobisty i wyjątkowy. Zapomina jednak, że postępowanie takie odbiera jej wolność i pozbawia empatii.
Trudna w odbiorze, aczkolwiek bardzo wymowna książka o samotności, konfliktach z najbliższymi, które czasami są nie do pokonania. Bardzo wyrazista w wymowie i przygnębiająca powieść o roli matki w kształtowaniu osobowości człowieka. Urzekająca i wnikliwa. Axelsson jest mistrzynią w swoim gatunku - prozy trudnej, ciężkostrawnej, ale z drugiej strony zachwycającej w swej wymowie.
Za udostępnienie e-booka dziękuję Wydawnictwu W.A.B.
5.15.2013
"P.Rosiak i czadowe majtki" Barbara Catchpole
Seria o przygodach 12-letniego Piotra Rosiaka (nazywanego przez najbliższych Prosiakiem) składa się z kilku książeczek, każdy o innym, zabawnym tytule. Miałam przyjemność zapoznania się z tomem "P.Rosiak i czadowe majtki".
Sam styl książki przypomina mi nieco "Dziennik cwaniaczka" dla starszych dzieci. Przygody Prosiaka zdecydowanie można zarekomendować 10 lub 12-letnich chłopakom, którym nie obce są konflikty z rodzeństwem, kłopoty w szkole lub skomplikowane problemy z własną osobą. Książka napisana jest bardzo prostym językiem. Takim, jakim zwykle posługują się chłopcy w tym wieku. Dlatego wspomnienia młodego Piotra są tak bardzo realistyczne. Pisarka świetnie wcieliła się w rolę młodzieńca.
Recenzowany przeze mnie tom, przedstawia nam jedną z niezręcznych sytuacji w jakiej znalazł się Prosiak. Podczas codziennych przygotowań do szkoły, zauważa, że brakuje mu... bielizny. Poszukiwania na nic się zdały. Mając przed oczami wizję spóźnienia się na lekcje, postanawia założyć na siebie kolorowe majtki starszej siostry. Zapomina jednak o tym, że właśnie przypadł dzień wf-u. Sytuacja nieco się komplikuje, a chłopak stara się wyjść z opresji obronną ręką. Jednak nie jest to takie proste.
Książeczkę czyta się w parę chwil. Mi zajęło to około 15 minut. Nie jest to lektura ambitna, jednak dla typowego 10 latka z pewnością dostarczy dużej dawki rozrywki.
Za książkę dziękuje Wydawnictwu Zielona Sowa
5.12.2013
"Zabić ojca" Amelie Nothomb
Każda kolejna książka Nothomb to dla mnie perspektywa dziwacznie, aczkolwiek magicznie spędzonego czasu. Jej powieści są zaskakujące, wnikliwe i często pozostają niedopowiedziane. Bohaterowie, których opisuje autorka są (jak ona sama zresztą) bardzo nietypowymi oraz oryginalnymi osobowościami.
W "Zabić ojca" pisarka przedstawia nam historię osadzoną w Stanach Zjednoczonych, co dla Amelie Nothomb jest raczej nowością. Joe Whip dorasta bez ojca, a jego matka nie jest zbyt zaangażowana w jego wychowanie. Okazuje się być wyjątkowo niefortunną matką, która to dla swego partnera, nakazuje synowi wyprowadzić się z rodzinnego domu. Należy dodać, że Joe ma w tym momencie 14 lat. Chłopak od młodych lat interesuje się magią. Jego pokój wypełniają czarodziejskie rekwizyty i stroje. Dlatego tuż po wyprowadzce z domu, Joe zarabia na życie dzięki magicznym pokazom. Od matki otrzymuje miesięcznie tysiąc funtów, co okazuje się kroplą w morzy potrzeb młodzieńca.
Podczas jednego z licznych pobytów w barze Joe poznaje tajemniczego mężczyznę, który obiecuje mu naukę u jednego z najlepszych iluzjonistów w Stanach. Nastolatek zafascynowany taką perspektywą, bez wahania przyjmuje ofertę nieznajomego. Norman - nauczyciel chłopaka - mimo młodego wieku, zyskał miano mistrza magii. Mężczyzna wiedzie spokojnie życie z młodszą o dziesięć lat Christiną, zajmującą się tańcem z ogniem. Chłopak z czasem aklimatyzuje się w domu Normana i Christiny i staje się dla tego pierwszego niczym syn. Norman jednak nie wie, że w umyśle Joego rodzi się namiętna i niezwykle silna miłość do Christiny. Ponadto jego rozumienie sztuki magii w niczym nie przypomina ideologii, jaka wyznaje Norman. Dla Joego liczy się łatwość zarabiania pieniędzy poprzez oszustwa.
Joe dorasta. Jednak zamiast zacieśniać rodzinne więzy z Normanem, coraz bardziej się od niego oddala. Kulminacja nadchodzi podczas jednego z festiwali, w których trójka bierze udział. Ojcowskie uczucia do Joego zostają odrzucone i sponiewierane.
Nothomb porusza dość trudny i dla mnie nieznany temat. Pochyla się nad problemem ogromnej i nieodwzajemnionej miłości rodzica do dziecka. Miłości bezgranicznej i bezinteresownej. Joe stworzył pewnego rodzaju iluzję, na którą daje się nabrać jeden z najwybitniejszych iluzjonistów. Bardzo gorzka i cierpka powieść, która wgryza się w nasz umysł i pozostaje tam bardzo długo. To dotyczy zresztą wszystkim powieści autorki. Bez wyjątku. Książka nie jest długą lekturą, jednakże to co w niej się znajduje to przemyślana i głębsza treść, mogąca stać się tematem do większej dyskusji.
Za książkę dziękuję Wydawnictwu MUZA
5.06.2013
"Ja, my, oni" Teresa Torańska w rozmowie z Małgorzatą Purzyńską
Teresa Torańska uważana jest za jedną z najwybitniejszych polskich dziennikarek. Ci, którzy mają w zwyczaju czytanie Gazety Wyborczej, bardzo dobrze znają ją z artykułów i wywiadów. Książka "Ja, my,oni" to zapis wywiadu z dziennikarką, który został przeprowadzony przez znaną reporterkę Małgorzatę Purzyńską.
Dotychczas niewiele wiedziałam o Torańskiej. Owszem słyszałam o książkach przez nią wydanych, lecz nigdy nie miałam okazji zapoznać się z nimi. W książce Torańska opowiada o tym, jak wyglądała dziennikarska rzeczywistość w okresie PRL-u, jak młodzi ludzie radzili sobie z cenzurą i jakie przeszkody czyhały na głodnych prawdy dziennikarzy. Wszystko oczywiście na swoim przykładzie.
Z lektury wywnioskowałam, że Torańska była postacią nie tylko szalenie inteligentną, odważną i niebanalną ale i zwyczajną, pełną obaw kobietą. Jej wywiady należą do najbardziej wnikliwych i kreatywnych. Podchodziła do bohaterów swych wywiadów jak do zwykłych ludzi, pełnych problemów i marzeń, a dopiero potem jak do polityków. Tylko ona potrafiła przeprowadzić wywiad z Jaruzelskim, nie wspominając o stanie wojennym.
Dość cienka objętościowo, lecz obfita w treści (również te ukryte między słowami) książką, którą przede wszystkim polecić można młodym dziennikarzom, zaczynającym swoją karierę. Dzięki lekturze mogą przekonać się o tym, jak kiedyś wyglądała wyboista ścieżka kariery początkującego dziennikarza. Polecam wszystkim zainteresowanym.
Za lekturę dziękuję Wydawnictwu Agora
Dotychczas niewiele wiedziałam o Torańskiej. Owszem słyszałam o książkach przez nią wydanych, lecz nigdy nie miałam okazji zapoznać się z nimi. W książce Torańska opowiada o tym, jak wyglądała dziennikarska rzeczywistość w okresie PRL-u, jak młodzi ludzie radzili sobie z cenzurą i jakie przeszkody czyhały na głodnych prawdy dziennikarzy. Wszystko oczywiście na swoim przykładzie.
Z lektury wywnioskowałam, że Torańska była postacią nie tylko szalenie inteligentną, odważną i niebanalną ale i zwyczajną, pełną obaw kobietą. Jej wywiady należą do najbardziej wnikliwych i kreatywnych. Podchodziła do bohaterów swych wywiadów jak do zwykłych ludzi, pełnych problemów i marzeń, a dopiero potem jak do polityków. Tylko ona potrafiła przeprowadzić wywiad z Jaruzelskim, nie wspominając o stanie wojennym.
Dość cienka objętościowo, lecz obfita w treści (również te ukryte między słowami) książką, którą przede wszystkim polecić można młodym dziennikarzom, zaczynającym swoją karierę. Dzięki lekturze mogą przekonać się o tym, jak kiedyś wyglądała wyboista ścieżka kariery początkującego dziennikarza. Polecam wszystkim zainteresowanym.
Za lekturę dziękuję Wydawnictwu Agora
5.04.2013
"Lalki z getta" Eva Weaver
Bardzo ciężko czyta mi się książki poświęcone tematyce getta i wojny. Wstrząsający obraz życia w getcie, wszechobecny smutek, bieda i głód. Tysiące głodujących i przerażonych ludzi, myślących tylko o jednym - nadziei.
Książka "Lalki z getta" mimo, że jest fikcją literacką dotyka najbardziej wrażliwych strun ludzkiej duszy. Wzrusza, daje do myślenia, zasmuca i zdumiewa. Powieść podzielona jest na trzy części. Pierwsza z nich omawia czasy współczesne, kolejna opowiedziana jest z perspektywy 15-letniego, żydowskiego chłopca imieniem Mika, natomiast trzecia pochyla się nad losami niemieckiego żołnierza warszawskiego getta, który po zakończeniu wojny, zostaje zesłany na Syberię i decyduje się na ryzykowną ucieczkę. Wszystkie postaci są ze sobą powiązane, nie tylko poprzez wydarzenia ale i ...lalki.
Kiedy zaczyna się wojna i żołnierze niemieccy dostają dyspozycję zbudowania getta, młody Mika wchodzi w okres dojrzewania. Autorytetem dla chłopca jest jego dziadek, który w swojej pracowni tworzy pacynki - malutkie laleczki służące do wystawiania teatrzyków kukiełkowych. Świat lalek jest dla starca całym światem. Swe ukochane kukiełki chowa w obszernym, czarnym płaszczu, który w swych otchłaniach kryje tajne kieszenie i niezliczone zakamarki. Szczęście nie trwa jednak długo. Okrutna wojna zabiera Mice dziadka, a jedynym spadkiem jest olbrzymie odzienie wraz z zawartością - bajkowymi pacynkami. Odtąd Mika postanawia dawać radość innym dzieciom, umieszczonym w getcie. Wraz z przyjaciółką wystawiają teatrzyki, obserwując zdumienie i szczęście na twarzach innych więźniów.
Niezwykły dar Miki staje się słynny na całe getto. Pewnego dnia Mika zostaje zatrzymany przez niemieckiego żołnierza -Maxa. Ten postanawia wykorzystać talent żydowskiego chłopaka, aby zabawić pozostałych nazistów podczas wieczorków rozrywki. Mika przerażony jest wizją usługiwania wrogowi, jednak nie ma innego wyjścia. Żołnierze darzą młodzieńca sympatią i zaczynają mu ufać. Z czasem chłopiec świadom swoich "przywilejów", postanawia wziąć udział w niebezpiecznych akcjach szmuglowania dzieci. Zaczyna się ryzykowna gra o przetrwanie, życie i dumę.
Między Maxem a Miką zawiązuje się nić porozumienia i wzajemnej sympatii. Max spełnia życzenia Miki i przekazuje mu porcję żywnościowe, leki dla dzieci z żydowskich szpitali, a nawet ratuje jego matkę i ciotkę przed wywózką do obozu zagłady. Kiedy do kraju wkracza armia radziecka, wszyscy żołnierze niemieccy zostają wywiezieni w bydlęcych wagonach na Syberię. Tam zaczyna się ich kara, która trwać będzie do końca życia.
Poruszająca i głęboka w swej treści powieść. Obraz nędzy ludności żydowskiej, braku podstawowych środków do życia, jedzenia, wody i panosząca się wszędzie śmierć, z pewnością wzruszy każdego czytelnika. W powieści nie zabrakło historii prawdziwych bohaterów getta warszawskiego, takich jak Janusz Korczak, który poświęcił swe życie dla chorych dzieci.
Co ciekawe, na początku historii nienawidzisz żołnierzy, którzy zgotowali tak okrutny los żydowskiej społeczności. Jednak, kiedy opisana zostaje tułaczka Maxa z Syberii, jego życie po wojnie, kiedy co noc dręczą go koszmary i nie potrafi cieszyć się życiem rodzinnym, dostrzegasz w tych zbrodniarzach zwykłych ludzi. Ludzi, którzy przez chorą ideologię, pobłądzili, ogarnięci rządzą władzy i potęgi.
Wnuczka Maxa, przejęta historią o swych dziadku postanawia znaleźć Mikę, co okazuje się nie lada wyzwaniem. Mika bowiem wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie doczekał swych sędziwych lat, córki i wnuka. Wszystkich bohaterów połączyła postać Księcia - ulubionej pacynki Miki. W jaki sposób? Musicie przeczytać o tym sami.
"Lalki z getta" pokazują nam, jak ważne w życiu są drobiazgi, z pozoru nieważne rzeczy lub gesty. Pokazuje jak ważne może być słońce, śpiew ptaków, uśmiech ukochanej osoby, jej rytmiczne bicie serca, miły gest bliźniego. Jak istotny jest dar przekazywania innym radości życia, nawet w najtragiczniejszych życiowych sytuacjach. Książka robi wrażenie i jestem pewna, że będę do niej wracać. Świetna i warta uwagi pozycja.
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.
4.28.2013
"Wzgórze dzikich kwiatów" KImberley Freeman
"Kiedy człowiek przeczyta jakąś książkę, to jest z nią związany już do końca życia.”
Kiedy decydowałam się na lekturę tej książki, myślałam o leniwych, majowych popołudniach. Zarówno piękna okładka, jak i opis z tyłu książki, obiecywały mi bardzo lekką i co za tym idzie, dość banalną, lecz miłą w odbiorze powieść typu saga rodzinna.
Tymczasem "Wzgórze dzikich kwiatów" jest jedną z najlepszych książek, jakie dane mi było w czytać w ostatnim czasie, a nawet w ostatnich latach. Niesamowicie wzruszająca i niewyobrażalnie smutna historia kobiety imieniem Beattie, która musiała zmagać się ze swoimi problemami w trudnych, nie tylko ze względu na wojnę, ale i uprzedzenia społeczne, latach 30. i 40. ubiegłego wieku. Powieść ma także drugi, teraźniejszy wątek. Wnuczka Beattie - Emma - po nieszczęśliwym wypadku dowiaduje się, że babcia przepisała jej w spadku uroczą posiadłość na drugim końcu świata zwaną Wzgórzem Dzikich Kwiatów. Jednak zostawmy historię Emmy, nie jest ona zbyt frapująca, chociaż czyta się ją dość przyjemnie. Książka byłaby znacznie bardziej ciekawa, gdyby autorka skupiła się tylko na wątku Beattie.
Beattie od początku nie ma łatwego życia. Pracuje bardzo ciężko z powodu trudnej sytuacji materialnej panującej w jej rodzinnym domu. Zakochuje się w przystojnym, żonatym Henrym i między dwojgiem wybucha silna namiętność. Owocem tego romansu staje się niespodziewana ciąża dziewczyny. Na wieść o błogosławionym stanie córki, matka Beattie wyrzuca ją z domu. Zakochani zmuszeni się opuścić miasto w obawie przed skandalem i zamieszkują w małym, skromnym domku, gdzieś na przedmieściach. Na świat przychodzi Lucy - prześliczna, rudowłosa istotka. Jednak Henry z dnia na dzień zaczyna coraz bardziej pogrąża się w hazardowy nałóg, przez który cała rodzina popada w poważne finansowe problemy. Sytuacja narasta do takich rozmiarów, że Beattie postanawia uciec z malutką Lucy w poszukiwaniu lepszego jutra. Drzwi do swego domu otwiera przed nią bogobojna kobieta, która umożliwia jej pracę i zapewnia dach nad głową. Jednak ciągły brak środków do życia sprawia, że Beattie podejmuje pracę na okrytym złą sławą wzgórzu, co już na zawsze odmieni jej życie.
Beattie to kobieta wyjątkowa, dla której dumna, niezależność, miłość i siła, to priorytety. Beattie wiedziała, że jest jedną z tych, które same decydują o swoim losie i nie czekają, aż ktokolwiek zrobi to za nie. Po podjęciu pracy na Wzgórzu Dzikich Kwiatów, zdawała sobie sprawę z tego, że stała się tematem do kpin i szykan całej wiejskiej społeczności. Jej kiepska sytuacja materialna dała ojcu jej dziecka podstawy do przejęcia nad małą opieki. Tym bardziej, że żona Henry'ego postanowiła mu wybaczyć i odtąd tworzyli nienaganne małżeństwo. Sprawę zaogniło zakazane uczucie, które spadło na Beattie jak grom z jasnego nieba.
Po śmierci Beattie jej wnuczka stara się odnaleźć, dotychczas owiane mgłą tajemnicy, informacje o swojej babci. Emma natrafia w jej domu na miłosny list do ukochanego, który nie był jej dziadkiem oraz zdjęcie, na którym młoda babcia trzyma na rękach małą dziewczynkę. Emma wie, że jej matka i wuj urodzili się znacznie później, niż wskazywała na to fotografia. Zatem na zdjęciu musi być ktoś zupełnie inny. Czy uda jej się poznać prawdę?
Fantastyczna, klimatyczna książka, którą pochłonęłam w zaledwie kilka godzin. Każda strona, na której opisane zostały losy Beattie, była dla mnie poruszająca i wyjątkowa. Autorce należy się uznanie, gdyż dawno nie odczułam tylu mieszanych emocji podczas czytania jakiejkolwiek powieści. Jestem zachwycona stylem autorki i tym, w jaki sposób opisała zawiłe dzieje losu Beattie. Czułam ogromny żal, kiedy przewróciłam ostatnią kartkę w książce.
Emocji, które towarzyszą lekturze tej książki, nie da się chyba opisać. Jestem zauroczona wymyśloną przez autorkę historią. Jestem także pewna, że będę do niej wracać w jakieś upalne, letnie dni. Z chęcią zobaczyłabym powieść na ekranie. Uważam, że książka idealnie nadaje się na scenariusz dla jakiegoś mini serialu produkcji BBC.
Za lekturę dziękuję Wydawnictwu Nasza Księgarnia.
4.22.2013
"Teaching English Through Culture" Joanna Bogusławska, Agata Mioduszewska
Odkąd przyjechałam z Helsinek trochę odzwyczaiłam się od języka angielskiego. Dlatego, aby nie wypaść z obiegu, regularnie uczę się nowych słówek, korzystam z platform naukowych, fiszek i czytam artykuły w języku angielskim. Tym razem moje zainteresowanie wzbudziła książka, dedykowana nauczycielom języka angielskiego. Nie dość, że z pewnością ułatwi ona pracę pedagogom, to dla osób zaawansowanych będzie świetną "ćwiczeniówką".
Autorkami książki są dwie młode kobiety, które mogą pochwalić się dyplomem filologii angielskiej. Obie całe dnie oddają swej pasji jaką jest nauczanie w szkołach wyższych, czytanie literatury angielskiej oraz spędzanie czasu na zagłębianiu wiedzy z kultury/popkultury amerykańskiej. Na podstawie swoich doświadczeń postanowiły wydać książkę, która będzie idealnym narzędziem pracy dla innych nauczycieli.
Książka uczy języka angielskiego w oparciu o kulturę angielską i amerykańską. W trzynastu rozdziałach zostało opisanych 13 świąt oraz rocznic, jakie obchodzone są w krajach, w których włada się językiem angielskim ( np. Halloween, Dzień Niepodległości, Święto Dziękczynienia). Każdy rozdział zawiera kilka czytanek, na różnym stopniu trudności i dlatego można wybrać te, które są dla nas odpowiednie lub przerobić wszystkie po kolei. Do każdego tekstu autorki wymyśliły ćwiczenia, które mają na celu wzbogacenie słownictwa, ćwiczenia pisania oraz prowadzenia żywych dialogów. Ma to ułatwić aktywną pracę uczniów w grupach. Ja prowadziłam długie dysputy z mężem. Warto podkreślić, że cały podręcznik jest w języku angielskim.
Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona takim niebanalnym poradnikiem dla nauczycieli. Być może dlatego, że nigdy dotąd nie spotkałam się z taką formą nauki. Materiału starczyło mi na 3 miesiące systematycznej nauki (2-3 razy w tygodniu). Polecam tym, którzy pragną odświeżyć nieco swoją wiedzę i udoskonalić słownictwo. Jeśli macie partnera do konwersacji, ta książka będzie dla Was idealna.
Zajrzeć do książki można tutaj
Za książkę dziękuję Wydawnictwu Poltext
4.21.2013
"Z innej bajki" Jodi Picolut, Samantha van Leer
"A skąd wiesz, że sama nie jesteś z książki? I że ktoś o tobie teraz nie czyta"?Do autorki miałam dotychczas ambiwalentny stosunek. Z jednej strony wiedziałam, że zajmuje się ona bardzo masową prozą, którą potajemnie czytają wszystkie gospodynie domowe. Jednak coś podpowiadało mi, że może warto zaryzykować i taki rodzaj powieści dawkowany małymi porcjami, pomoże mi chociaż na chwilę odprężyć szare komórki. Doznałam pewnego rodzaju pozytywnego zaskoczenia, ale w wielki zachwyt nie wpadłam.
Pomysł na książkę wyszedł od córki autorki - Samanthy van Leer. We wstępie Picolut przyznaje, że wspólne pisanie książki, kosztowało je sporo wyrzeczeń. Należy przyznać, że pomysł jest znakomity i dotychczas nie spotkałam się z taka konwencją fabuły.
Główną bohaterką powieści jest 15-letnia Delilah - dziewczyna bardzo odosobniona, wyalienowana, kochająca książki i nieco pozbawiona typowych rozrywek dostępnych dla młodych. Jest taka z własnego wyboru. Nie sili się na udawanie innej niż jest. Nastolatka wychowuje się sama z matką. Jej ojciec odszedł do innej kobiety i założył z nią nową rodzinę. Właśnie dlatego czytana przez nią powieść o księciu, którego ojciec zmarł w rycerskiej walce, tak bardzo przypadła jej do gustu. Delilah zna baśń nieomalże na pamięć. Pewnego dnia zauważa, że rysunek, przedstawiający młodego księcia Olivera, zmienił pozycję i przemówił ludzkim głosem. Okazuje się, że świat przedstawiony za pomocą szeregu liter, żyje w środku książki naprawdę.
Akcja toczy się na dwóch różnych torach. Z jednej strony mamy typowe, bardzo nudne życie Delilah i królewskie, najeżone przeszkodami życie księcia Olivera. Oboje są świadkami nietypowej dla siebie sytuacji i pragną połączyć swoje światy. Czy jednak jest to możliwe? Czy wszystkie powieści mają szczęśliwe zakończenia?
Swojego e-booka pochłonęłam w kilka godzin. Tak bardzo wciągnęła mnie historia, że zapomniałam o całym świecie. Gratuluje córce autorki genialnego pomysłu o istnieniu światów równoległych, z których jedno dzieje się po zamknięciu przez czytelnika książki. Końcówka jest również dość niebanalna i ...baśniowa.
Świetna powieść, idealna raczej dla młodszych czytelniczek, chociaż mając te 25-lat równie mocno przeżywałam każdy zwrot akcji.
Za lekturę dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.
4.15.2013
Początek tygodnia z kawami z pianką
Ostatnio zarzekałam się, że już nigdy nie dodam mleka do kawy, gdyż to jest czymś w rodzaju profanacji. W mojej lodówce zresztą bardzo rzadko gości mleko. Po przyjeździe z Helsinek nauczyłam się pijać mleko sojowe. Oczywiście bez cukru. Na naszym rynku jest dostępne jedno dobre mleko sojowe, które faktycznie smakuje tak, jak powinno. Kiedy już decydujecie się na zakup mleka sojowego, dokładnie przeczytajcie etykiety. Większość tego typu produktów to napoje sojowe, nie pełnowartościowe mleko.
Ostatnio przeczytałam, że mleko powinno być dodawane do kawy. Dlaczego? Okazuje się, że kawa zawiera w sobie szczawiany, które odpowiedzialną są za wypłukiwanie magnezu z organizmu. Mleko (a dokładnie zawarty w nim wapń) z kolei ma duże powinowactwo do szczawianu i razem z nim tworzy szczawian wapnia. Podobno dzięki temu cenny magnez zostaje w organizmie.
Tym razem udało mi się przetestować 3 nowe smaki. Dość oryginalne i chyba rzadko spotykane. Można je dostać w tym sklepie internetowym.
Kawa Rafaello
Testowałam 100 gramów produktu - kawa w ziarnach. Są to nasiona arabiki z wyraźną nutą kokosową. Zawsze przepadałam za rafaello. Co więcej, swego czasu pochłaniam strasznie dużo orzechów kokosowych. Dopóki nie dowiedziałam się ile mają kalorii. Połączenie czarnej, mocnej kawy z mlekiem sojowym jest doskonałym pomysłem. Tuż po zmieleniu ziaren i zaparzeniu kawy (parzyłam w tradycyjnej kafetierze) aromat wprost powala na łopatki. To kokos w czystej postaci. Mała filiżanka kawy w zupełności wystarczała mi za deser. Nie wiem, czy potrafiłabym jeszcze ją dosładzać. Kawa sama w sobie jest bardzo słodka.
Kawa Bananowa
Kawa bananowa już od dawna mnie intrygowała. Wypróbowałam 100 gramów kawy rozpuszczalnej. Wydaje mi się, że woreczek starczył mi na 2-3 tygodnie, więc taka ilość jest bardzo wydajna. Oczywiście wszystko zależy od tego, ile kawy nasypiemy do filiżanki. Spróbowałam dwóch opcji: bez mleka i z mlekiem sojowym. Napar bez mleka jest omdlewająco bananowy. Jeśli w ogóle można użyć takiego słowa opisując smak kawy. Ten smak banana przypominał mi takie słodycze, sprzedawane chyba w Lidlu. Są to czekoladki w kształcie banana z żółtą masą w środku. Kojarzycie? Jeśli tak, to kawa czarna ma właśnie taki smak. Dodatek mleka sprawia, że smak banana jest znacznie mniej wyczuwalny, bardziej delikatny. Zdecydowanie wolę pierwszą wersję.
Kawa Krem Brulee
Ten deser zna chyba każdy. Uwielbiam ten smakołyk i rozłupywanie łyżeczką kołderki z cukru. Mniam! Rozpuszczalna kawa o tym smaku ma nieco mniej wyrazisty smak i przypomina bardziej karmel z mlekiem. Smak jest bardzo przyjemny, dość cierpki i zaostrza apetyt na słodycze. Na pierwszy łyk czuć śmietankę. Właściwie to smak śmietanki z karmelem. Całość nie jest tak słodka i intensywna, jak kawa bananowa. Jest zdecydowanie bardziej subtelna.
W kolejnych odsłonach kawowych, zaprezentuję nowy sposób parzenia kawy - z użyciem aeropressu.
Za możliwość wypróbowania kaw dziękuję :
Ostatnio przeczytałam, że mleko powinno być dodawane do kawy. Dlaczego? Okazuje się, że kawa zawiera w sobie szczawiany, które odpowiedzialną są za wypłukiwanie magnezu z organizmu. Mleko (a dokładnie zawarty w nim wapń) z kolei ma duże powinowactwo do szczawianu i razem z nim tworzy szczawian wapnia. Podobno dzięki temu cenny magnez zostaje w organizmie.
Tym razem udało mi się przetestować 3 nowe smaki. Dość oryginalne i chyba rzadko spotykane. Można je dostać w tym sklepie internetowym.
Kawa Rafaello
Testowałam 100 gramów produktu - kawa w ziarnach. Są to nasiona arabiki z wyraźną nutą kokosową. Zawsze przepadałam za rafaello. Co więcej, swego czasu pochłaniam strasznie dużo orzechów kokosowych. Dopóki nie dowiedziałam się ile mają kalorii. Połączenie czarnej, mocnej kawy z mlekiem sojowym jest doskonałym pomysłem. Tuż po zmieleniu ziaren i zaparzeniu kawy (parzyłam w tradycyjnej kafetierze) aromat wprost powala na łopatki. To kokos w czystej postaci. Mała filiżanka kawy w zupełności wystarczała mi za deser. Nie wiem, czy potrafiłabym jeszcze ją dosładzać. Kawa sama w sobie jest bardzo słodka.
Kawa Bananowa
Kawa bananowa już od dawna mnie intrygowała. Wypróbowałam 100 gramów kawy rozpuszczalnej. Wydaje mi się, że woreczek starczył mi na 2-3 tygodnie, więc taka ilość jest bardzo wydajna. Oczywiście wszystko zależy od tego, ile kawy nasypiemy do filiżanki. Spróbowałam dwóch opcji: bez mleka i z mlekiem sojowym. Napar bez mleka jest omdlewająco bananowy. Jeśli w ogóle można użyć takiego słowa opisując smak kawy. Ten smak banana przypominał mi takie słodycze, sprzedawane chyba w Lidlu. Są to czekoladki w kształcie banana z żółtą masą w środku. Kojarzycie? Jeśli tak, to kawa czarna ma właśnie taki smak. Dodatek mleka sprawia, że smak banana jest znacznie mniej wyczuwalny, bardziej delikatny. Zdecydowanie wolę pierwszą wersję.
Kawa Krem Brulee
Ten deser zna chyba każdy. Uwielbiam ten smakołyk i rozłupywanie łyżeczką kołderki z cukru. Mniam! Rozpuszczalna kawa o tym smaku ma nieco mniej wyrazisty smak i przypomina bardziej karmel z mlekiem. Smak jest bardzo przyjemny, dość cierpki i zaostrza apetyt na słodycze. Na pierwszy łyk czuć śmietankę. Właściwie to smak śmietanki z karmelem. Całość nie jest tak słodka i intensywna, jak kawa bananowa. Jest zdecydowanie bardziej subtelna.
W kolejnych odsłonach kawowych, zaprezentuję nowy sposób parzenia kawy - z użyciem aeropressu.
Za możliwość wypróbowania kaw dziękuję :
4.14.2013
"Żyj wystarczająco dobrze" Praca zbiorowa
Są takie książki, które potrafią wstrząsnąć naszym dotychczasowym życiem i skierować myśli na inny tor. Do takich książek należy "Żyj wystarczająco dobrze". Jest to zapis 20 rozmów z najlepszymi polskimi psychologami i terapeutami. Każda rozmowa poświęcona jest innemu zagadnieniu i stanowi podróż do najgłębiej skrywanych tajemnic ludzkiej psychiki.
Terapeuci dzielą się z czytelnikami swoją wiedzą, przytaczają przypadki swoich pacjentów i starają się rozwikłać motywy powszechnych zachowań. Dowiemy się między innymi czym jest osobowość narcystyczna, jak być szczęśliwym w związku, jaką kobietą określamy mianem "borderline", czym jest pracoholizm, jaki wpływ ma na nas dzieciństwo czy wreszcie jak żyć, aby nie zwariować. Teksty mają format wywiadów, które zostały przeprowadzone przez redaktorkę "Wysokich Obcasów" oraz dziennikarza "Gazety Wyborczej" - Agnieszkę Jucewicz oraz Grzegorza Sroczyńskiego.
Książka wciąga i nie da się nie przeczytać jej od deski do deski. Z każdym rozdziałem miałam wrażenie, że czytam o swoim przypadku. Okazuje się, że każdy może mieć wiele osobowości z jedną cechą osiową, która nas charakteryzuje. Wszyscy musimy na co dzień zmagać się ze swoimi wewnętrznymi demonami i często tę walkę przegrywamy. Wynika to głównie z tego, że w naszym społeczeństwie zakorzeniło się pewne przekonanie. Osoba, która udaje się do psychologa uważana jest za słabą i nie dającą sobie rady z rzeczywistością. Ta sama osoba w Niemczech czy Anglii uznawana jest za silną, szukającą fachowej pomocy i dbającą o swoje zdrowie psychicznie. Musicie przyznać, że ma to sens.
Po lekturze książki długo dyskutowałam z mężem na wybrane tematy. Mąż także pochłonął książkę w oka mgnieniu. Nie jest łatwo żyć w dzisiejszych czasach i nie mieć żadnych problemów ze swoją psychiką. Nasza psychika jest z jednej strony fascynująca, ale z drugiej strony bardzo mnie przeraża. To co potrafimy sobie wmówić, aby uczynić się nieszczęśliwym, widać jedynie z pewnej perspektywy. Ma to miejsce wtedy, kiedy na chwilę zdystansujemy się i spojrzymy na nasze życie z boku. Genialna książka, dająca do myślenia, zmuszająca do refleksji i dyskusji. Oby takich pozycji było na rynku jak najwięcej.
Za lekturę bardzo dziękuję Wydawnictwu Agora
4.13.2013
"Joga. Równowaga ciała, umysłu i duszy." Cynthia Worby
Dwa tygodnie temu udałam się na swoją pierwszą lekcję jogi. Było...ciężko. Nie potrafiłam zapanować nad oddechem, plątały mi się nogi i ręce, a mięśnie drżały z wysiłku. Po 90 minutach ćwiczeń byłam niemal pewna, że jednak joga to nie zajęcie dla mnie. Jednak kiedy wróciłam do domu przypomniało mi się o książce, która cierpliwie czeka na swoją kolej do recenzji. "Joga. Równowaga ciała, umysłu i duszy" wprowadziła mnie w świat jogi, od podstawowej teorii po zawiłe techniki. Na jodze byłam już cztery razy i wiem, że będzie to nieco dłuższa przygoda.
Poradnik to wielka księga (355 stron) zawierająca wszystko, co powinien wiedzieć każdy, kto pasjonuje się jogą. Pierwsze 5 rozdziałów książki ma zapoznać czytelnika z tym, czym jest joga, jakie korzyści płyną z uprawiania jej, jaka jest jej historia i filozofia, a także jakie style jogi wyróżniamy. Rozdział 6 jest rozdziałem wprowadzającym do ćwiczeń i mówi o nastawieniu i motywacji. Bardzo ważny rozdział! Na początku uczymy się poprawnego oddychania, co jest niezwykle ważne i niestety trudne. Przynajmniej dla mnie. Kontrola oddechu to moja pięta Achillesowa. Dlaczego? A no głównie dlatego, że należę do osób, które mają milion pomysłów na minutę i ich umysł non stop jest czymś zajęty. Uprawiając jogę trzeba się...wyłączyć. Odpłynąć, zapomnieć o obowiązkach i całym świecie. Wtedy skupienie się na oddychaniu jest znacznie łatwiejsze. Ja nadal trenuje.
Następne rozdziały to mówią o asanach i wszystkich pozycjach przyjmowanych przez osobę uprawiającą jogę. Książka omawia pozycje służące jako rozgrzewka, pozycje stojące, siedzące, leżące, skręty i wiele, wiele innych. Wszystko zobrazowane jest ilustracjami, dlatego wykonywanie ćwiczeń nie sprawia żadnych problemów. Studiowanie książki to zajęcie na dobrych kilka miesięcy.
Nadal jest początkująca i wiele wody upłynie zanim to ja nabiorę płynności. Z czasem podobno jest znacznie lepiej, więc wytrwale czekam na efekty uprawiania jogi. Pierwszy tydzień był męczarnią, jednak kolejne zajęcia z instruktorem sprawiły mi więcej radości. Rola instruktora jest niezwykle ważna. Musi on być mentorem ćwiczącego, osobą sympatyczna, otwartą, pomocną. Moja pani instruktor wszystkie te cechy posiada, dlatego bardzo motywuje mnie do ćwiczeń. Wobec tego, polecam nie tylko tę książkę ale i korzystanie z grupowych zajęć jogi.
Za książkę dziękuję Wydawnictwu Septem
4.10.2013
"Playbook. Podręcznik podrywu" Barney Stinson, Matt Kuhn
Zdecydowałam się na lekturę tej książki, ponieważ uwielbiam serial "Jak poznałem waszą matkę". Taka rozrywka raz w tygodniu momentalnie i mentalnie poprawia mi nastrój. Kiedy zobaczyłam, że Wydawnictwo Sine Qua Non wydało słynną "biblię Barneya" wiedziałam, że musi być to lektura niezwykle oryginalna i specyficzna w odbiorze. I taka właśnie jest.
Barney Stinson to typowy podrywacz z narcystycznym i egoistycznym podejściem do życia. Jest zawsze perfekcyjny, elegancki, ubrany w najlepszy garnitur i zawsze ma ochotę na podryw. Jego pewność siebie wynika nie tylko z pozycji zawodowej i bogactwa. Barney jest święcie przekonany o tym, że jest ideałem dla każdej kobiety. Jest to ten typ mężczyzny, który nie jest zbyt wybredny jeśli chodzi o wybór partnerki łóżkowej. Powiem wprost - dla niego liczy się tylko powierzchowność. Bohater serialu "Jak poznałem wasza matkę" nie ma łatwego charakteru i jest mu z tym znakomicie.
Książka została napisana właśnie z perspektywy fikcyjnej postaci, jaką jest Stinson. Na próżno szukać tutaj życiowych i wzniosłych mądrości, zgrabnego stylu wypowiedzi czy melancholii. "Podręcznik podrywu" jest kwintesencją absurdu i humoru. Jest momentami wręcz niedorzeczny, ale ta niedorzeczność jest tutaj największym atutem. Specyficzne podejścia do życia, a przede wszystkim do kobiet, wprawia czytelnika w zdumienie połączone z lekką kpiną. Tylko taki bohater jak Barney, potrafiłby wymyślić tak niecodzienne i kosmiczne sposoby na podryw. Mimo, że potrafi nieźle wkurzyć i poirytować, nie sposób go nie uwielbiać.
Oczywiście należy pamiętać, że książka nie jest poradnikiem dla zdesperowanych i samotnych mężczyzn. Według mnie to świetna gratka dla wielbicieli serialu, którzy doskonale znają postać Barneya i wiedzą, a przede wszystkim lubią jego poczucie humoru. Myślę, że ten kto nie oglądał serialu nie za bardzo odnajdzie się w lekturze książki. Jak dla mnie świetna rozrywka bez konieczności wysilania szarych komórek.
Za książkę dziękuję Wydawnictwu SQN
4.09.2013
"Marie Heinrich. W oczekiwaniu na miłość" Paul Keller
Pierwsze co przyciąga do powieści Paula Kellera to okładka. Ma zupełnie inną fakturę niż większość książek wydawanych na naszym rynku księgarskim. Jest bardziej błyszcząca i pokryta cieniutką folią. Kiedy spojrzymy na obrazek znajdujący się na okładce wiemy, że czeka nas powieść o charakterze obyczajowym, osadzona gdzieś na początku XX wieku. I dokładnie to otrzymujemy.
Tytułowa bohaterka - Marie Heinrich - to młoda i silna dziewczyna, która po śmierci swego ojca przejmuje niejako jego rolę w opiece nad rodzeństwem i pomaga swej matce w codziennych obowiązkach. Jest, jak na tamte czasy, niezwykle odważna i nie boi się bronić swoich poglądów. Przez mieszkańców wsi uważana jest za kobietę mało urodziwą, acz heroiczną i pracowitą. Szczególnie mężczyźni, przyzwyczajeni do swoich cichych, uległych i spokojnych żon, uważają ją za osobliwe zjawisko i zwyczajnie odczuwają w jej towarzystwie strach wymieszany z podziwem. Marie sprawuje pieczę nad swoim rodzeństwem, które wychowuje dość surową ręką. Nie jest jednak oziębła w kontaktach z najbliższymi i potrafi okazać im miłość i oddanie. Jednak sama o sobie ma niezbyt dobre zdanie. Uważa się, za kobietę mało urodziwą, zbyt wysoką i potężną. Kiedy w okolicy pojawia się nauczyciel Neuman, Marie po raz pierwszy zaczyna odczuwać fascynację i pożądanie, którego nie jest w stanie ukryć. Jednak los ma dla niej wiele przykrych niespodzianek, które pokrzyżują jej plany.
Przyznam, że początkowo zupełnie nie potrafiłam odnaleźć się w tej powieści. Pierwsze 30 stron tekstu notorycznie wywoływało u mnie ziewanie i zniechęcenie. Jednak z czasem wciągnęłam się w fabułę i z przyjemnością doczytałam ją do końca. Styl pisarza jest bardzo specyficzny. Książka po raz pierwszy została opublikowana w 1926 roku w kilka lat przed śmiercią pisarza. Sam Keller uważany był za osobę niezwykle konserwatywną i religijną. Widać to na każdej ze stron. Czasami nieco frustrowałam się, kiedy to czytałam jak to kobieta powinna rodzić dzieci i opiekować się domostwem, bo to jest dla niej największym błogosławieństwem. Fragmentami wręcz bluźnierczo wypowiadał się na temat kobiet, które nie decydują się na dzieci, używając bardzo wyrazistych epitetów. Opisy w których autor ukazał w jaki sposób mężczyźni traktowali swe żony, również dawały do myślenia. Przytoczę tutaj fragment, w którym jeden z bohaterów - miejscowy kowal - pokazał się swej żonie w eleganckim fraku:
"Stała przed nim z otwartymi ustami i wybałuszonymi oczami, nie mogąc złapać oddechu. Kowal na szczęście znał się na rzeczy i bez wahania huknął ją otwartą dłonią w plecy."
Przyznaje jednak, że pomimo tych licznych fragmentów, w których kobiety przedstawiane były jako głupiutkie mimozy, książka okazała się kawałkiem relaksującej i wciągającej lektury. Czytelnik może na chwilę przenieść się do innej epoki i przynajmniej starać się zrozumieć decyzję Marie. Miejmy świadomość, że akcja powieści toczy się przed pierwszą wojną, dlatego zarówno priorytety oraz zachowania bohaterów, są dość specyficzne. To opowieść o silnej i niezależnej kobiecie, której duma i własny honor nie pozwoliły być szczęśliwą. Książka troszkę traci na przekazie w dzisiejszych czasach, ponieważ trudno mi sobie wyobrazić aby podobno sytuacja miała miejsce w obecnych czasach.
Polecam przede wszystkim miłośnikom powieści obyczajowych w stylu Austen. Odradzam feministkom bo może im znacząco podnieść ciśnienie.
Za książkę dziękuję wydawnictwu Novaeres
4.07.2013
Kawy na powitanie wiosny
Powracam szczęśliwie z recenzjami kaw. Dziś paczka
z dwoma ciekawymi kawami aromatyzowanymi i jedną naturalną. Przyznaje, że picie aromatycznych kaw bardzo umila mi oczekiwanie na wiosnę. Wszystkie kawy można nabyć w sklepie internetowym 1000 smaków świata. Przy okazji chciałam się troszkę pochwalić nowymi filiżankami, przywiezionymi przez mamę z Amsterdamu :)
Pierwsza, najbardziej kontrowersyjna,
to „malinowy krem”. Kontrowersyjna dlatego, że mi zasmakowała
bardzo, mężowi już dużo mniej. Zgodnie z nazwą kawa ma smak i
zapach malin, czy raczej malinowo-śmietankowego kremu. Bardzo fajne
połączenie, szczególnie do kaw mlecznych. Mąż, który pije tylko
czarną kawę, był nieco zawiedziony, że poza malinami w tej kawie
mało jest... samej kawy. Dla osób, które bardzo tęsknią za latem i smakiem domowego ciasta z malinami i kruszonką, to idealna propozycja.
Mąż był za to
zadowolony z kolejnej kawy: „Cuba SerranoSuperior”. Jest to bardzo dobra kawa, o ciekawych posmakach i
wspaniałej równowadze pomiędzy kwasowością i goryczą. Dzięki
temu świetnie nadaje się do espresso. Sporo w niej orzechów,
trochę karmelu, może też dymu. Ciekawe czy ten ostatni aromat ma
coś wspólnego z kubańskimi cygarami?;)
Trzecia
kawa nosi kuszącą nazwę „french kiss” i stanowi miłe
połączenie słodyczy i rześkiej nuty owoców. Jej smak może
kojarzyć się z jakimś lekkim likierem ale doprawdy trudno
wychwycić cóż to takiego. Jest to z pewnością przykład
zaskakującej i niebagatelnej kawy aromatyzowanej, po wypiciu kilku
filiżanek której wciąż można dyskutować, jakie smaki w sobie
zawiera.
Za kawy dziękuję sklepowi internetowemu 1000 Smaków Świata.
4.03.2013
"Myśleć efektywnie, czyli jak sprawniej rozwiązywać problemy i osiągać cele"
Zanim sięgnęłam po ten poradnik, długo zastanawiałam się czy można nauczyć się myśleć efektywnie? Według autora tej książki jest to możliwe. Czy faktycznie można wyćwiczyć w sobie tzw. smart thinking? Trochę trudno mi było w to uwierzyć, bowiem inteligencja (w znaczeniu ogólnym, a nie książkowym) jest albo jej nie ma. Co na to autor książki?
Autorem poradnika "Myśleć efektywnie, czyli jak sprawniej rozwiązywać problemy i osiągać cele" jest psychologiem, autorem wielu artykułów naukowych z pogranicza nauk kognitywnych, a także konsultantem firmy Procter & Gamble. Nie mam najmniejszej wątpliwości, iż człowiek z takim dorobkiem zawodowym potrafi myśleć efektywnie i wykorzystywać tę zdolność w codziennych sytuacjach. Po lekturze książki nie wątpię także w jego wiedzę teoretyczną na ten temat. Książka to świetny zbiór teorii na temat możliwości ludzkiego umysłu. To głównie na tym temacie skupia się autor. Pokazuje nam (na licznych przykładach) jak wielu ludzi sukcesu potrafi wykorzystać swój potencjał i w jaki sposób przekształcają z pozoru proste myśli w rewolucyjne idee.
Czy jednak po przeczytaniu tej książki będzie nam łatwiej osiągnąć wybrany cel? Nie do końca. Sam autor pisze o tym, jak ważna w naszym życiu jest świadomość tego, że nie mamy praktycznie żadnych ograniczeń w poszerzaniu naszej wiedzy. Więc co stoi na przeszkodzie? Zapewne brak motywacji, brak pewności siebie czy presja otoczenia. Autor pokazuje nam w jaki sposób możemy wykorzystać to co wiemy i potrafimy najlepiej. Czasami bowiem samy nie wiemy ile drzemie w nas potencjału, które nie miał nigdy szansy wyjść na światło dzienne.
Komu można polecić ten poradnik? Przede wszystkim młodym i dynamicznym ludziom, uczniom i studentom, osobom, które myślą o założeniu własnego biznesu i wszystkim tym, których ciekawią tajniki naszego mózgu i jego możliwości.
Za książkę dziękuję Wydawnictwu Samo Sedno
3.27.2013
Nauka kaligrafii podczas nauki języków azjatyckich
Każdy kto kiedykolwiek zaczynał uczyć się języków azjatyckich wie, że w początkowych etapach nauki najwięcej problemów sprawia nauka kaligrafii. Nie jest nam łatwo przyzwyczaić się do nowego pisma, które przypomina raczej hieroglify niż pismo użyteczne na co dzień. Na szczęście są już na naszym rynku dostępne pozycje do nauki kaligrafii języków azjatyckich, wydane przez Wydawnictwo Edgard.
Przetestowałam książki do nauki dwóch języków - japońskiego i chińskiego.
Japoński - Kaligrafia
W tej niepozornej objętościowo książce (94 strony) znajdzie się wszystko to, co potrzebne jest początkującym, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z japońskim. We wstępie autorzy wyczerpująco opisują czym jest kaligrafia i kanji oraz to, w jaki sposób korzystać z książki. Bardzo mnie cieszy, że na początku został też umieszczony alfabet hiragana i katakana, łącznie z kolejnością stawiania kresek i zasadami czytania. Po obszernym wstępie przechodzimy do konkretnych rozdziałów, w których poznać można słownictwo z konkretnych dziedzin takich jak liczebniki, żywioły, czas, człowiek, zwierzęta itp. Łącznie jest to 200 podstawowych znaków ujętych w 13 kategorii.
Każdy znak umieszczony jest w niebieskim polu, a tuż obok niego umieszczono dwa rodzaje czytania oraz kilka złożeń, co dodatkowo wzbogaca język i słownictwo. Pod tymi informacjami znajdują się kratki uczące nas kolejności stawiania kresek, a także miejsce na samodzielne ćwiczenie. Tego miejsca jednak nie jest dużo, dlatego autorzy na samym końcu książki dodali kilka stron extra, przeznaczonych właśnie na szlifowanie kaligrafii. Polecałabym jednak założenie osobnego zeszytu. Książka zawiera także alfabetyczny spis, słownik wszystkich słówek, które w niej się znalazły.
Książka będzie idealna dla początkujących, którzy pragną w przyszłości kontynuować naukę japońskiego.
Chiński - Kaligrafia
Książka ta jest nieco większa objętościowo niż jej kuzynka do nauki kaligrafii języka japońskiego. Liczy około 118 stron. Autorka tej książki we wstępie skupiła się na informacjach ogólnych dotyczących języka chińskiego, nie samej tylko kaligrafii. Pisze w niem nieco i historii pisma oraz kolejności stawiania kresek. W dalszych rozdziałach skupia się na zapoznaniu czytelnika z kategoriami znaków, które nie da się ukryć są dość trudne i momentami skomplikowane. Przysparzają uczniom znacznie więcej trudności niż chociażby pismo japońskie. Tym samym według pewnych kluczy, zostało ułożonych w książce ponad 270 znaków, wraz z tłumaczeniem, wymową oraz przykładowym użyciem słów.
Tak jak w przypadku książki do nauki kaligrafii japońskiej jest to pozycja dla początkujących na poziomie A1-A2. Osoby, które już mają podstawy języka chińskiego powinny wybrać książkę na wyższym poziomie, która skupia się bardziej na rozszerzeniu słownictwa, uczy dialogów czy konstrukcji zdań.
Za książki dziękuję Wydawnictwu Edgard
3.22.2013
"Katharine Hepburn" Charlotte Chandler
Jeszcze miesiąc temu niewiele wiedziałam o Katharine Hepburn. Oczywiście widziałam kilka najważniejszych filmów z udziałem aktorki jak "Zgadnij kto przyjdzie na obiad" czy też "Nad złotym stawem" (obie produkcje Oscarowe). Zdecydowałam się zapoznać z biograficzną pozycją Charlotte Chandler, która dała się już poznać jako znakomity biograf chociażby Dietrich oraz Bergman.
Co ciekawe nie jest to biografia oparta na dotychczasowych doniesieniach prasowych czy poprzednich biografiach, lecz autentyczny zapis wywiadu rzeki, który aktorka udzieliła pisarce w swojej posiadłości Cukora. Tym samym jest to bardzo szczera, momentami niezwykle intymna biografia jednej z najsłynniejszych aktorek amerykańskich. Życie Katharine naznaczone były wielkimi tragediami, a droga do sukcesu miała swoje jasne i ciemne strony. Urodziła się w wielodzietnej rodzinie, jako jedna z sześciorga dzieci lekarza i sufrażystki. To po rodzicach odziedziczyła wolę walki i siłę ducha. Jako laureatka czterech statuetek Oscara za najlepsze role pierwszoplanowe, nigdy nie odebrała nagrody z powodu nieobecności na ceremonii ich rozdania. Aktorka dożyła prawie 100 lat (dokładnie 97), co było niezwykle rzadkie w kręgu amerykańskich aktorek-skandalistek.
Co mnie zaskoczyło najbardziej to fakt, iż nie była w żaden sposób spokrewniona z Audrey Hepburn. Co więcej, Katharina bardzo jej nie lubiła. Pomiędzy aktorkami dochodziło do poważnych sprzeczek i nie ukrywały, jak bardzo nie pałają do siebie sympatią. Aktorka w odróżnieniu od Audrey potrafiła oddzielić życie prywatne od filmowego. Wielokrotnie podkreślała, że intymność oraz rodzina stanowią dla niej sens życia. Niestety w młodości była świadkiem samobójczej śmierci brata, co odbiło się na jej psychice i tkwiło w niej do końca jej życia.
Książka wydana jest twardej oprawie z licznymi fotografiami. Idealnie nadaje się na prezent dla najbliższej osoby. Będzie z całą pewnością gratką dla fanów biografii sławnych osób. Mnie szczególnie bliskie są życiorysy, gdyż wnoszą za każdym razem coś nowego do mojego życia. Warto przeczytać.
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.
Co ciekawe nie jest to biografia oparta na dotychczasowych doniesieniach prasowych czy poprzednich biografiach, lecz autentyczny zapis wywiadu rzeki, który aktorka udzieliła pisarce w swojej posiadłości Cukora. Tym samym jest to bardzo szczera, momentami niezwykle intymna biografia jednej z najsłynniejszych aktorek amerykańskich. Życie Katharine naznaczone były wielkimi tragediami, a droga do sukcesu miała swoje jasne i ciemne strony. Urodziła się w wielodzietnej rodzinie, jako jedna z sześciorga dzieci lekarza i sufrażystki. To po rodzicach odziedziczyła wolę walki i siłę ducha. Jako laureatka czterech statuetek Oscara za najlepsze role pierwszoplanowe, nigdy nie odebrała nagrody z powodu nieobecności na ceremonii ich rozdania. Aktorka dożyła prawie 100 lat (dokładnie 97), co było niezwykle rzadkie w kręgu amerykańskich aktorek-skandalistek.
Co mnie zaskoczyło najbardziej to fakt, iż nie była w żaden sposób spokrewniona z Audrey Hepburn. Co więcej, Katharina bardzo jej nie lubiła. Pomiędzy aktorkami dochodziło do poważnych sprzeczek i nie ukrywały, jak bardzo nie pałają do siebie sympatią. Aktorka w odróżnieniu od Audrey potrafiła oddzielić życie prywatne od filmowego. Wielokrotnie podkreślała, że intymność oraz rodzina stanowią dla niej sens życia. Niestety w młodości była świadkiem samobójczej śmierci brata, co odbiło się na jej psychice i tkwiło w niej do końca jej życia.
Książka wydana jest twardej oprawie z licznymi fotografiami. Idealnie nadaje się na prezent dla najbliższej osoby. Będzie z całą pewnością gratką dla fanów biografii sławnych osób. Mnie szczególnie bliskie są życiorysy, gdyż wnoszą za każdym razem coś nowego do mojego życia. Warto przeczytać.
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.
3.20.2013
"Gogol w czasach Google'a" Wacław Radziwinowicz
Nowa pozycja o współczesnej Rosji,
którą polecam wszystkim, którzy interesują się tym krajem. Jest
to zbiór krótkich felietonów pisanych przez wieloletniego
korespondenta GW w Moskwie – Wacława Radziwinowicza. Choć między
stworzeniem pierwszego i ostatniego tekstu minęło ponad 10 lat, co
w dzisiejszych czasach stanowi ogromną przestrzeń do zmian i
postępu, to w Rosji pewne sytuacje zdają się zapętlać. Co
więcej, sens wielu opowiedzianych historii czytelnik może znać z
dzieł dziewiętnastowiecznych rosyjskich klasyków – Gogola czy
Czechowa, którzy z doskonałą ironią pisali o absurdach ówczesnego
caratu. Dlatego tytuł książki jest tak trafny – bohaterowie
rodem z Gogola: handlarz martwymi „duszami” Cziczikow, oszukańczy
„rewizor” Chlestiakow czy też „mały człowiek”, urzędnik
mniej warty od swojego szynela – Baszmaczkin, to postacie wiecznie
żywe, obecne i dziś, w czasach Google'a.
Książkę czyta się przyjemnie, jeśli
ktoś czerpie przyjemność z groteski i totalnego absurdu. Może
autor za mocno skupił się na ciemnych stronach życia w Rosji, tak
jakby tych jasnych nie było tam wcale. Rzeczywistość jest na pewno
bardziej skomplikowana, niż jej pstrokate wycinki, zaprezentowane
przez Wacława Radziwinowicza. Zresztą polscy dziennikarze
przyzwyczaili mnie do jednostronnego i jednobarwnego opisu Rosji,
tymczasem kontakt z mieszkańcami tego kraju, czy lektura rosyjskiej
prasy poszerza ten obraz, dodając do niego bardziej rzeczywistych
kolorów. Niemniej, warto sięgnąć po książkę „Gogol w czasach
Google'a”, choćby dla bogactwa faktów i spostrzeżeń z
codziennego życia Rosji.
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Agora
3.12.2013
Yerba mate zamiast kawy?
Nie każdy jest miłośnikiem kawy. I chociaż dla mnie jest to niezrozumiałe, są ludzie, których sam zapach kawy odstrasza. W takich przypadkach warto wybrać znacznie zdrowszą wersję napoju, który dodaje energii w nie mniejszych stopniu.
Yerba mate, bo o niej mowa, jest nie tylko pobudzająca, ale i dość oryginalna w smaku. Co ważne, dla osób, które dbają o swoje zdrowie, yerba mate nie wypłukuje z organizmu magnezu i nie podnosi ciśnienia tętniczego. Dodatkowo wiele zdrowotnych właściwości zielonej herbaty znajduje się również w tym peruwiańskim napoju. Okazuje się, że długotrwałe spożywanie yerba mate wzmacnia odporność, działa antyoksydacyjne, przyspiesza trawienie ułatwiając przy tym utrzymywanie diety.
Co jego walorów smakowych - trzeba się niestety przyzwyczaić. Yerba matę zaparzać powinno się w specjalnych tykwach (ja używam zwyczajnego kubka) i popijać przez bombillę (długi, drewniany rodzaj słomki z dziurkami filtrującymi napój). Zazwyczaj wsypuję około 5-6 łyżeczek suszonych liści i zalewam wodą o temperaturze około 70 stopni. Z doświadczenia wiem, że jest wtedy mniej cierpka i łagodniejsza w smaku. Bardzo długo nie mogłam przyzwyczaić się do tego smaku. Dla mnie przypomina on tytoń.
Dlatego z ciekawości wypróbowałam Yerba Matę smakową -CBSe Pomelo
Sposób zaparzania:
6 łyżeczek suszu zalewam 250 ml wody o temperaturze 70 stopni. Zwykle czekam około 10 minut po zagotowaniu się wody w czajniku. Ten sam susz zalewam potem kilkukrotnie, gdyż nie traci swojego smaku i ciągle jest dość intensywny.
Smak
Smak pomelo faktycznie wyraźnie przebija się przez typową dla yerby cierpkość. Zauważyłam, że gdy napój jest nieco zimniejszy smak ten jest intensywniejszy. Smakowe yerby to idealne wyjście dla tych, którzy nadal nie mogą przyzwyczaić się do jej tradycyjnego smaku. Ostatnio bardzo często sięgam po cytrusowe nuty herbat i kaw.
Macie jakieś doświadczenia z yerba mate? Pijecie albo chcielibyście spróbować?
Za herbatę dziękuję sklepowi internetowemu Skworcu.pl
3.08.2013
"Skąd się biorą dziury w serze?" Petra Maria Schmitt, Christian Dreller
Książki dla najmłodszych już od dawna pozytywnie mnie zaskakują. Autorzy mają coraz oryginalniejsze pomysły na rozbudzenie dziecięcej ciekawości i trzeba przyznać, że wychodzi im to znakomicie. Tym razem sięgnęłam po książkę przeznaczoną dla dzieci w przedziale wieku 8-12 lat. Dzieci w tym wieku zadają setki trudnych pytań, na które nie wpadł by pewnie żaden dorosły człowiek. To właśnie ta dziecięca dociekliwość sprawiła, że publikacja będzie wspaniałym prezentem dla każdej bystrej pociechy.
Książka została wydana w formacie A4, jest pięknie ilustrowana i zawiera w sobie historyjki, w których głównymi bohaterami są małe, dociekliwe dzieciaki, dla których świat stanowi zagadkę. Każda opowiastka pozwoli rozwikłać inne, nie dające spokoju pytanie. Dlaczego samoloty latają? Dlaczego banany są krzywe? Czemu dzięcioły nie cierpią na ból głowy? Na nurtujące pytanie pomagają maluchom odpowiadać dorośli - dziadkowie, rodzice czy nauczyciele.
Każda z historyjek opisana jest na 2-3 strony, dlatego czytanie można stopniowo "dawkować" dzieciom. Książka uczy przede wszystkim myślenia i zrozumienia zjawisk przyrody i wszechświata na podstawie prostych przykładów. Dziecko może rozwijać swoją wyobraźnię i świetnie się przy tym bawić. Polecam nie tylko rodzicom.
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.
3.05.2013
"Żegnajcie błędy! Angielski dla Polaków." Praca zbiorowa
Mimo, że uczę się języka angielskiego już ładnych parę lat (chyba już ponad 10 nawet), to często zdarza mi się popełniać proste błędy. Do końca nie wiadomo z czego to wynika, ale Polacy mają tendencje do robienia podobnych błędów językowych. Podręcznik "Żegnajcie błędy opracowany został przez absolwenta filologii języka angielskiego - Bartosza Czartoryskiego - pracującego na co dzień jako lektor oraz publicysta. Drugim autorem jest Terence Clark-Ward, absolwent Lancaster University, który także zajmuje się nauczeniem tego języka.
Nie da się ukryć, że większość z nas ma ten sam problem - dużo rozumie, ale za dużo powiedzieć nie potrafi. To właśnie w tym tkwi główny problem. Brak pewności siebie wynika ze słabej znajomości języka. Książka ma na celu ukazanie najczęstszych błędów, które popełnia się podczas mówienia tzw. kalki językowe. Chodzi tutaj o nieporozumieniach językowych np. "dziękuję z góry" - "thank you from the mountains". Każdy, kto dłużej uczy się języka angielskiego wie, że to błędne i nieco śmieszne stwierdzenie, jednak są osoby, które nadal posługują się takimi zwrotami.
Inną kwestią są false friends - wyrazy, które brzmią bardzo podobnie do słów polskich, ale znaczą zupełnie co innego np. pasta to nie pasta do zębów, a makaron. Mam nadzieję, że nakreśliłam trochę problematykę podręcznika. W książce znajduje się 5 rozdziałów, a w każdym po 5 dialogów ułożonych w taki sposób, aby ukazać najpowszechniejsze błędy. Po każdym z dialogów autorzy bardzo szczegółowo objaśniają każdą z użytych form/zwrotów i tłumaczą dlaczego jest ona poprawna i gdzie popełniane są najczęstsze błędy i dlaczego.
Książka zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie i z czystym sumieniem polecam ją wszystkim tym, którzy chcą "rozwinąć swoje skrzydła" i podszkolić się w języku angielskim. Podręcznik polecany jest osobom, które znają już język na poziomie B1-C1. Do całości dołączona jest płyta mp3 z wszystkimi dialogami, które znajdują się w książce.
Za książkę dziękuję Wydawnictwu Poltext
2.24.2013
"Dubo...Dubon...Dubonnet" Izabela Czajka-Stachowicz
"Do tej pory - cóż, uważałam Paryż za wspaniałe miasto wspaniałego narodu - ot, i wszystko. A teraz... teraz ja sama swoim wzrokiem, słuchem, dotykiem, całą sobą, ciałem i naskórkiem poczułam Paryż. Tylu ludzi chodzi po jego trotuarach - jeździ metrem, siedzi w małych bistrach i na wspaniałych tarasach jego kawiarń - każdy czegoś innego w nim szuka i każdy to, czego szuka, znajduje. Wszyscy mogą tam żyć według swojego widzimisię i nikogo to nie gorszy. Jeśli chcesz, możesz chodzić po szlafroku po ulicy, jeśli chcesz, możesz sobie włożyć na głowę garnek i spacerować w nim - nikogo nie zadziwisz - na nikim nie zrobi to najmniejszego wrażenia."
Izabela Czajka-Stachowicz to polska pisarka, znana również jako Bella, absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Paryżu, przyjaciółka Gombrowicza oraz Witkacego. Zasłynęła między innymi dzięki swoim powieściom autobiograficznym, wydawanym po raz pierwszy w latach 1956-1970. "Dubo...Dubon...Dubonnet" to ostatnia część jej wspomnień, wydana całkiem niedawno, nakładem Wydawnictwa W.A.B.
Zanim zabrałam się za czytanie, zastanawiałam się nad tytułem. Co oznacza enigmatyczna nazwa Dubonnet? Dubonnet to rodzaj aperitifu pochodzenia francuskiego o gorzkim, cierpkim smaku. Są to także słowa piosenki, która nieustannie rozbrzmiewa na ulicach międzywojennego Paryża. Mamy rok 1924. Dystyngowana i elegancka Bella wyrusza pociągiem do Paryża, aby posmakować wspaniałego życia w mieście świateł. Stolica Francji zdaje się być dla niej idyllą, pełną wytwornych ludzi, oszałamiających potraw i zapachów. Belle kuszą wielogodzinne wycieczki po Luwrze, croissanty popijane kawą z mlekiem oraz pastelowe i szykowne kreacje.
Zanim jednak udaje jej się wtopić w świat luksusu, kobieta zderza się z przykrą rzeczywistością. Zatrudniona w małym wydawnictwie doświadcza głodu i ubóstwa. Całymi dnami marzy o ciepłym posiłku, które na tym etapie życia, wydaje jej się luksusem. Z czasem jednak, dzięki niezłomności i zdecydowanym charakterze Bella dopina swego. Wspomnienia Izabeli Czajki-Stachowicz to szczery i bezpośredni zapis wyzwolonej, bezpośredniej i pewnej siebie kobiety. To także barwny i zaskakujący opis życia społecznego i kulturalnego w międzywojennym Paryżu. Naprawdę nie sposób oderwać się od lektury, a bardzo łatwo można ulec jej czarowi.
Bardzo dawno nie czytałam tak prawdziwej i czarującej książki. To dla mnie połączenie Samozwaniec i Colette, eleganckiego i wytwornego Paryża i polskiej przaśności. Ciekawa było dla mnie postawa autorki w stosunku do życia w latach 60-tych, w których powstała ta autobiografia. Według pisarki, lata 60-te pełne były "obdartych i brudnych młodzieńców wraz z ich krótko ostrzyżonymi, bezbarwnymi dziewczynami", które już w niczym nie przypominają dystyngowanych kobiet z lat 20-tych i 30-tych. Od zawsze starsze pokolenia mają w zwyczaju krytykować kolejne. I to nigdy się nie zmieni.
Gorąco zachęcam Was do lektury. Niepowtarzalna uczta dla zmysłów. Dzięki barwnym opisom autorki, sama w swojej wyobraźni piłam café au lait w uroczych kawiarenkach, przywdziewałam cytrynowe lakierki, szykowne kapelusze i pachniałam perfumami Guerlain.
Wydawnictwo W.A.B wydało już trzy części autobiografii Izabeli Czajki-Stachowicz w przepięknych okładkach. A w marcu, będzie miała miejsce premiera czwartej.
Za lekturę dziękuję Wydawnictwu W.A.B.
2.21.2013
Filmowo
Ostatni miesiąc obfitował w filmy. Miałam ogromny apetyt na nietuzinkowe produkcje, a także te nominowanie do tegorocznych Oskarów. W poniższym rankingu zaprezentuje Wam kilka z nich. Mam nadzieję, że któreś przypadnie Wam do gustu i po lekturze tego posta zdecydujecie się na seans.
Zabiłem moją matkę (2009)
Biograficzny i tym samym bardzo osobisty obraz, wspomnianego już przeze mnie wcześniej rewelacyjnego Xaviera Dolana (chłopak z plakatu obok). Historia nastolatka homoseksualisty, który po rozwodzie rodziców zostaje pod opieką swojej matki. Matki, która, najdelikatniej mówiąc, nie jest przykładem wyrozumiałej i dobrodusznej rodzicielki. Bolesna i traumatyczna walka ideowa, pokoleniowa, walka o zrozumienie i miłość. Wstrząsający i bardzo głęboki obraz, który został doceniony i uhonorowany 3 nagrodami w Cannes. Dolan dostał 8-minutowe owacje od publiczności, która nie mogła wyjść z podziwu, po obejrzeniu debiutu 20-latka.
Jak dla mnie genialny, zahaczający o arcydzieło film z porażającą francuską muzyką. Podobno Dolan to idol hipsterów i homoseksualistów. Hmm, nie jestem ani jednym ani drugim, a z całą stanowczością mogę rzec, że oszalałam na punkcie jego produkcji.
Sugar Man (2012)
Dokumentalny film, którego fabułę nie chcę za bardzo zdradzać. Mam nadzieję, że zachęci Was trailer. Nie często mam przyjemność z filmami dokumentalnymi, więc z ogromną ciekawością skusiłam się na wizytę w kinie. Tym bardziej, że był dość często polecany przez redaktorów radiowej Trójki. Po seansie byłam oczarowana i nie mogłam przestać się uśmiechać. Jest to historia zaskakująca i aż trudno uwierzyć, że jest autentyczna. Z pewnością tego typu produkcje podnoszą na duchu i dają do myślenia. Nigdy nie wiemy jaki wpływ na innych ludzi, ma to jacy jesteśmy i co robimy. Tym bardziej jeśli wydaje się, że nasze starania i wysiłek są bezowocne. Przyszłość może okazać się zaskakująca...
Django (2012)
Wszystkie filmy Tarantino są dla mnie kinową ucztą. Z niecierpliwością czekałam na najnowsze dzieło znakomitego reżysera. Recenzje i zapowiedzi były tak obiecujące, że na samym starcie uznałam film za pozycję must to watch. Niestety, zawiodłam się. Oprócz sympatycznego konia kiwającego łebkiem na przywitanie, nie odnalazłam w nim nic szczególnego. Akcja toczyła się za wolno, dialogi były zbyt drętwe i mało zaskakujące. Oczekiwałam wiele, wiele więcej. Jak na tak znanego i wybitnego reżysera, szału nie było. Nie było też dramatycznie. Ot kolejna produkcja, o której szybko zapomina się zaraz po jej obejrzeniu. Oby następny film Tarantino powalił mnie na kolana, tak jak to bywało w przeszłości.
Miłość (2012)
Melodramat nominowany do tegorocznych Oskarów. Ona - utalentowany niegdyś muzyk, dziś schorowana, niedołężna i zagubiona w codzienności staruszka. On - również były artysta, oddany mąż, którego rzeczywistość zmienia nagła choroba żony. Tych dwoje zostaje wystawionych na wielką próbę. Bo czym naprawdę jest miłość? To trwanie ze sobą na dobre i złe, do końca dni życia ziemskiego? Czy są granice i czy ludzka psychika potrafi znieść wszystko? To zdecydowanie jeden z najsmutniejszych i najbardziej przerażających filmów, jakie widziałam w tym roku. Mocno kibicuje tej produkcji i mam nadzieję, że zostanie uhonorowany Oscarem.
Poradnik pozytywnego myślenia (2012)
Czy jest możliwa miłość między dwojgiem wariatów? Jeżeli oboje szukają miłości, choćby w dziwaczny sposób, to co może im stanąć na przeszkodzie? Nic, nawet choroba psychiczna może sprzyjać rozkwitowi związku. Komedia z elementami dramatu zaskoczy niejednego widza. Początkowy wstrząs doprowadzający nieomalże do depresji, jaki serwuje nam reżyser, stopniowo zmienia się w szereg zabawnych i wzruszających epizodów. Idealny do oglądania we dwoje.
Zabiłem moją matkę (2009)
Biograficzny i tym samym bardzo osobisty obraz, wspomnianego już przeze mnie wcześniej rewelacyjnego Xaviera Dolana (chłopak z plakatu obok). Historia nastolatka homoseksualisty, który po rozwodzie rodziców zostaje pod opieką swojej matki. Matki, która, najdelikatniej mówiąc, nie jest przykładem wyrozumiałej i dobrodusznej rodzicielki. Bolesna i traumatyczna walka ideowa, pokoleniowa, walka o zrozumienie i miłość. Wstrząsający i bardzo głęboki obraz, który został doceniony i uhonorowany 3 nagrodami w Cannes. Dolan dostał 8-minutowe owacje od publiczności, która nie mogła wyjść z podziwu, po obejrzeniu debiutu 20-latka.
Jak dla mnie genialny, zahaczający o arcydzieło film z porażającą francuską muzyką. Podobno Dolan to idol hipsterów i homoseksualistów. Hmm, nie jestem ani jednym ani drugim, a z całą stanowczością mogę rzec, że oszalałam na punkcie jego produkcji.
Sugar Man (2012)
Dokumentalny film, którego fabułę nie chcę za bardzo zdradzać. Mam nadzieję, że zachęci Was trailer. Nie często mam przyjemność z filmami dokumentalnymi, więc z ogromną ciekawością skusiłam się na wizytę w kinie. Tym bardziej, że był dość często polecany przez redaktorów radiowej Trójki. Po seansie byłam oczarowana i nie mogłam przestać się uśmiechać. Jest to historia zaskakująca i aż trudno uwierzyć, że jest autentyczna. Z pewnością tego typu produkcje podnoszą na duchu i dają do myślenia. Nigdy nie wiemy jaki wpływ na innych ludzi, ma to jacy jesteśmy i co robimy. Tym bardziej jeśli wydaje się, że nasze starania i wysiłek są bezowocne. Przyszłość może okazać się zaskakująca...
Django (2012)
Wszystkie filmy Tarantino są dla mnie kinową ucztą. Z niecierpliwością czekałam na najnowsze dzieło znakomitego reżysera. Recenzje i zapowiedzi były tak obiecujące, że na samym starcie uznałam film za pozycję must to watch. Niestety, zawiodłam się. Oprócz sympatycznego konia kiwającego łebkiem na przywitanie, nie odnalazłam w nim nic szczególnego. Akcja toczyła się za wolno, dialogi były zbyt drętwe i mało zaskakujące. Oczekiwałam wiele, wiele więcej. Jak na tak znanego i wybitnego reżysera, szału nie było. Nie było też dramatycznie. Ot kolejna produkcja, o której szybko zapomina się zaraz po jej obejrzeniu. Oby następny film Tarantino powalił mnie na kolana, tak jak to bywało w przeszłości.
Miłość (2012)
Melodramat nominowany do tegorocznych Oskarów. Ona - utalentowany niegdyś muzyk, dziś schorowana, niedołężna i zagubiona w codzienności staruszka. On - również były artysta, oddany mąż, którego rzeczywistość zmienia nagła choroba żony. Tych dwoje zostaje wystawionych na wielką próbę. Bo czym naprawdę jest miłość? To trwanie ze sobą na dobre i złe, do końca dni życia ziemskiego? Czy są granice i czy ludzka psychika potrafi znieść wszystko? To zdecydowanie jeden z najsmutniejszych i najbardziej przerażających filmów, jakie widziałam w tym roku. Mocno kibicuje tej produkcji i mam nadzieję, że zostanie uhonorowany Oscarem.
Poradnik pozytywnego myślenia (2012)
Czy jest możliwa miłość między dwojgiem wariatów? Jeżeli oboje szukają miłości, choćby w dziwaczny sposób, to co może im stanąć na przeszkodzie? Nic, nawet choroba psychiczna może sprzyjać rozkwitowi związku. Komedia z elementami dramatu zaskoczy niejednego widza. Początkowy wstrząs doprowadzający nieomalże do depresji, jaki serwuje nam reżyser, stopniowo zmienia się w szereg zabawnych i wzruszających epizodów. Idealny do oglądania we dwoje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)























.jpg)















