Etykiety

4.28.2013

"Wzgórze dzikich kwiatów" KImberley Freeman


"Kiedy człowiek przeczyta jakąś książkę, to jest z nią związany już do końca życia.”


Kiedy decydowałam się na lekturę tej książki, myślałam o leniwych, majowych popołudniach. Zarówno piękna okładka, jak i opis z tyłu książki, obiecywały mi bardzo lekką i co za tym idzie, dość banalną, lecz miłą w odbiorze powieść typu saga rodzinna.

Tymczasem "Wzgórze dzikich kwiatów" jest jedną z najlepszych książek, jakie dane mi było w czytać w ostatnim czasie, a nawet w ostatnich latach. Niesamowicie wzruszająca i niewyobrażalnie smutna historia kobiety imieniem Beattie, która musiała zmagać się ze swoimi problemami w trudnych, nie tylko ze względu na wojnę, ale i uprzedzenia społeczne, latach 30. i 40. ubiegłego wieku. Powieść ma także drugi, teraźniejszy wątek. Wnuczka Beattie - Emma - po nieszczęśliwym wypadku dowiaduje się, że babcia przepisała jej w spadku uroczą posiadłość na drugim końcu świata zwaną Wzgórzem Dzikich Kwiatów. Jednak zostawmy historię Emmy, nie jest ona zbyt frapująca, chociaż czyta się ją dość przyjemnie. Książka byłaby znacznie bardziej ciekawa, gdyby autorka skupiła się tylko na wątku Beattie.

Beattie od początku nie ma łatwego życia. Pracuje bardzo ciężko z powodu trudnej sytuacji materialnej panującej w jej rodzinnym domu. Zakochuje się w przystojnym, żonatym Henrym i między dwojgiem wybucha silna namiętność. Owocem tego romansu staje się niespodziewana ciąża dziewczyny. Na wieść o błogosławionym stanie córki, matka Beattie wyrzuca ją z domu. Zakochani zmuszeni się opuścić miasto w obawie przed skandalem i zamieszkują w małym, skromnym domku, gdzieś na przedmieściach. Na świat przychodzi Lucy - prześliczna, rudowłosa istotka. Jednak Henry z dnia na dzień zaczyna coraz bardziej pogrąża się w hazardowy nałóg, przez który cała rodzina popada w poważne finansowe problemy. Sytuacja narasta do takich rozmiarów, że Beattie postanawia uciec z malutką Lucy w poszukiwaniu lepszego jutra. Drzwi do swego domu otwiera przed nią bogobojna kobieta, która umożliwia jej pracę i zapewnia dach nad głową. Jednak ciągły brak środków do życia sprawia, że Beattie podejmuje pracę na okrytym złą sławą wzgórzu, co już na zawsze odmieni jej życie.

Beattie to kobieta wyjątkowa, dla której dumna, niezależność, miłość i siła, to priorytety. Beattie wiedziała, że jest jedną z tych, które same decydują o swoim losie i nie czekają, aż ktokolwiek zrobi to za nie. Po podjęciu pracy na Wzgórzu Dzikich Kwiatów, zdawała sobie sprawę z tego, że stała się tematem do kpin i szykan całej wiejskiej społeczności. Jej kiepska sytuacja materialna dała ojcu jej dziecka podstawy do przejęcia nad małą opieki. Tym bardziej, że żona Henry'ego postanowiła mu wybaczyć i odtąd tworzyli nienaganne małżeństwo. Sprawę zaogniło zakazane uczucie, które spadło na Beattie jak grom z jasnego nieba.

Po śmierci Beattie jej wnuczka stara się odnaleźć, dotychczas owiane mgłą tajemnicy, informacje o swojej babci. Emma natrafia w jej domu na miłosny list do ukochanego, który nie był jej dziadkiem oraz zdjęcie, na którym młoda babcia trzyma na rękach małą dziewczynkę. Emma wie, że jej matka i wuj urodzili się znacznie później, niż wskazywała na to fotografia. Zatem na zdjęciu musi być ktoś zupełnie inny. Czy uda  jej się poznać prawdę?

Fantastyczna, klimatyczna książka, którą pochłonęłam w zaledwie kilka godzin. Każda strona, na której opisane zostały losy Beattie, była dla mnie poruszająca i wyjątkowa. Autorce należy się uznanie, gdyż  dawno nie odczułam tylu mieszanych emocji podczas czytania jakiejkolwiek powieści. Jestem zachwycona stylem autorki i tym, w jaki sposób opisała zawiłe dzieje losu Beattie. Czułam ogromny żal, kiedy przewróciłam ostatnią kartkę w książce.

Emocji, które towarzyszą lekturze tej książki, nie da się chyba opisać. Jestem zauroczona wymyśloną przez autorkę historią. Jestem także pewna, że będę do niej wracać w jakieś upalne, letnie dni. Z chęcią zobaczyłabym powieść na ekranie. Uważam, że książka idealnie nadaje się na scenariusz dla jakiegoś mini serialu produkcji BBC.

Za lekturę dziękuję Wydawnictwu Nasza Księgarnia.

4.22.2013

"Teaching English Through Culture" Joanna Bogusławska, Agata Mioduszewska


Odkąd przyjechałam z Helsinek trochę odzwyczaiłam się od języka angielskiego. Dlatego, aby nie wypaść z obiegu, regularnie uczę się nowych słówek, korzystam z platform naukowych, fiszek i czytam artykuły w języku angielskim. Tym razem moje zainteresowanie wzbudziła książka, dedykowana nauczycielom języka angielskiego. Nie dość, że z pewnością ułatwi ona pracę pedagogom, to dla osób zaawansowanych będzie świetną "ćwiczeniówką".

Autorkami książki są dwie młode kobiety, które mogą pochwalić się dyplomem filologii angielskiej. Obie całe dnie oddają swej pasji jaką jest nauczanie w szkołach wyższych, czytanie literatury angielskiej oraz spędzanie czasu na zagłębianiu wiedzy z kultury/popkultury amerykańskiej. Na podstawie swoich doświadczeń postanowiły wydać książkę, która będzie idealnym narzędziem pracy dla innych nauczycieli.

Książka uczy języka angielskiego w oparciu o kulturę angielską i amerykańską. W trzynastu rozdziałach zostało opisanych 13 świąt oraz rocznic, jakie obchodzone są w krajach, w których włada się językiem angielskim ( np. Halloween, Dzień Niepodległości, Święto Dziękczynienia). Każdy rozdział zawiera kilka czytanek, na różnym stopniu trudności i dlatego można wybrać te, które są dla nas odpowiednie lub przerobić wszystkie po kolei. Do każdego tekstu autorki wymyśliły ćwiczenia, które mają na celu wzbogacenie słownictwa, ćwiczenia pisania oraz prowadzenia żywych dialogów. Ma to ułatwić aktywną pracę uczniów w grupach. Ja prowadziłam długie dysputy z mężem. Warto podkreślić, że cały podręcznik jest w języku angielskim.

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona takim niebanalnym poradnikiem dla nauczycieli. Być może dlatego, że nigdy dotąd nie spotkałam się z taką formą nauki. Materiału starczyło mi na 3 miesiące systematycznej nauki (2-3 razy w tygodniu). Polecam tym, którzy pragną odświeżyć nieco swoją wiedzę i udoskonalić słownictwo. Jeśli macie partnera do konwersacji, ta książka będzie dla Was idealna.

Zajrzeć do książki można tutaj

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Poltext

4.21.2013

"Z innej bajki" Jodi Picolut, Samantha van Leer


         "A skąd wiesz, że sama nie jesteś z książki? I że ktoś o tobie teraz nie czyta"?
 Do autorki  miałam dotychczas ambiwalentny stosunek. Z jednej strony wiedziałam, że zajmuje się ona bardzo masową prozą, którą potajemnie czytają wszystkie gospodynie domowe. Jednak coś podpowiadało mi, że może warto zaryzykować i taki rodzaj powieści dawkowany małymi porcjami, pomoże mi chociaż na chwilę odprężyć szare komórki. Doznałam pewnego rodzaju pozytywnego zaskoczenia, ale w wielki zachwyt nie wpadłam.

Pomysł na książkę wyszedł od córki autorki - Samanthy van Leer. We wstępie Picolut przyznaje, że wspólne pisanie książki, kosztowało je sporo wyrzeczeń. Należy przyznać, że pomysł jest znakomity i dotychczas nie spotkałam się z taka konwencją fabuły.

Główną bohaterką powieści jest 15-letnia Delilah - dziewczyna bardzo odosobniona, wyalienowana, kochająca książki i nieco pozbawiona typowych rozrywek dostępnych dla młodych. Jest taka z własnego wyboru. Nie sili się na udawanie innej niż jest. Nastolatka wychowuje się sama z matką. Jej ojciec odszedł do innej kobiety i założył z nią nową rodzinę. Właśnie dlatego czytana przez nią powieść o księciu, którego ojciec zmarł w rycerskiej walce, tak bardzo przypadła jej do gustu. Delilah zna baśń nieomalże na pamięć. Pewnego dnia zauważa, że rysunek, przedstawiający młodego księcia Olivera, zmienił pozycję i przemówił ludzkim głosem. Okazuje się, że świat przedstawiony za pomocą szeregu liter, żyje w środku książki naprawdę.

Akcja toczy się na dwóch różnych torach. Z jednej strony mamy typowe, bardzo nudne życie Delilah i królewskie, najeżone przeszkodami życie księcia Olivera. Oboje są świadkami nietypowej dla siebie sytuacji i pragną połączyć swoje światy. Czy jednak jest to możliwe? Czy wszystkie powieści mają szczęśliwe zakończenia?

Swojego e-booka pochłonęłam w kilka godzin. Tak bardzo wciągnęła mnie historia, że zapomniałam o całym świecie. Gratuluje córce autorki genialnego pomysłu o istnieniu światów równoległych, z których jedno dzieje się po zamknięciu przez czytelnika książki. Końcówka jest również dość niebanalna i ...baśniowa.

Świetna powieść, idealna raczej dla młodszych czytelniczek, chociaż mając te 25-lat równie mocno przeżywałam każdy zwrot akcji.

Za lekturę dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

4.15.2013

Początek tygodnia z kawami z pianką

Ostatnio zarzekałam się, że już nigdy nie dodam  mleka do kawy, gdyż to jest czymś w rodzaju profanacji. W mojej lodówce zresztą bardzo rzadko gości mleko. Po przyjeździe z Helsinek nauczyłam się pijać mleko sojowe. Oczywiście bez cukru. Na naszym rynku jest dostępne jedno dobre mleko sojowe, które faktycznie smakuje tak, jak powinno. Kiedy już decydujecie się na zakup mleka sojowego, dokładnie przeczytajcie etykiety. Większość tego typu produktów to napoje sojowe, nie pełnowartościowe mleko.

Ostatnio przeczytałam, że mleko powinno być dodawane do kawy. Dlaczego? Okazuje się, że kawa zawiera w sobie szczawiany, które odpowiedzialną są za wypłukiwanie magnezu z organizmu. Mleko (a dokładnie zawarty w nim wapń) z kolei ma duże powinowactwo do szczawianu i razem z nim tworzy szczawian wapnia. Podobno dzięki temu cenny magnez zostaje w organizmie.

Tym razem udało mi się przetestować 3 nowe smaki.  Dość oryginalne i chyba rzadko spotykane. Można je dostać w tym sklepie internetowym. 

Kawa Rafaello 
Testowałam 100 gramów produktu - kawa w ziarnach.  Są to nasiona arabiki z wyraźną nutą kokosową. Zawsze przepadałam za rafaello. Co więcej, swego czasu pochłaniam strasznie dużo orzechów kokosowych. Dopóki nie dowiedziałam się ile mają kalorii. Połączenie czarnej, mocnej kawy z mlekiem sojowym jest doskonałym pomysłem. Tuż po zmieleniu ziaren i zaparzeniu kawy (parzyłam w tradycyjnej kafetierze) aromat wprost powala na łopatki. To kokos w czystej postaci.  Mała filiżanka kawy w zupełności wystarczała mi za deser. Nie wiem, czy potrafiłabym jeszcze ją dosładzać. Kawa sama w sobie jest bardzo słodka.

Kawa Bananowa
Kawa bananowa już od dawna mnie intrygowała. Wypróbowałam 100 gramów kawy rozpuszczalnej. Wydaje mi się, że woreczek starczył mi na 2-3 tygodnie, więc taka ilość jest bardzo wydajna. Oczywiście wszystko zależy od tego, ile kawy nasypiemy do filiżanki. Spróbowałam dwóch opcji: bez mleka i z mlekiem sojowym.  Napar bez mleka jest omdlewająco bananowy. Jeśli w ogóle można użyć takiego słowa opisując smak kawy. Ten smak banana przypominał mi takie słodycze, sprzedawane chyba w Lidlu. Są to czekoladki w kształcie banana z żółtą masą w środku. Kojarzycie? Jeśli tak, to kawa czarna ma właśnie taki smak. Dodatek mleka sprawia, że smak banana jest znacznie mniej wyczuwalny, bardziej delikatny. Zdecydowanie wolę pierwszą wersję.

Kawa Krem Brulee
Ten deser zna chyba każdy. Uwielbiam ten smakołyk i rozłupywanie łyżeczką kołderki z cukru. Mniam! Rozpuszczalna kawa o tym smaku ma nieco mniej wyrazisty smak i przypomina bardziej karmel z mlekiem. Smak jest bardzo przyjemny, dość cierpki i zaostrza apetyt na słodycze. Na pierwszy łyk czuć śmietankę. Właściwie to smak śmietanki z karmelem. Całość nie jest tak słodka i intensywna, jak kawa bananowa. Jest zdecydowanie bardziej subtelna.

W kolejnych odsłonach kawowych, zaprezentuję nowy sposób parzenia kawy -  z użyciem aeropressu.

Za możliwość wypróbowania kaw dziękuję :


4.14.2013

"Żyj wystarczająco dobrze" Praca zbiorowa



Są takie książki, które potrafią wstrząsnąć naszym dotychczasowym życiem i skierować myśli na inny tor. Do takich książek należy  "Żyj wystarczająco dobrze". Jest to zapis 20 rozmów z najlepszymi polskimi psychologami i terapeutami. Każda rozmowa poświęcona jest innemu zagadnieniu i stanowi podróż do najgłębiej skrywanych tajemnic ludzkiej psychiki.

Terapeuci dzielą się z czytelnikami swoją wiedzą, przytaczają przypadki swoich pacjentów i starają się rozwikłać motywy powszechnych zachowań. Dowiemy się między innymi czym jest osobowość narcystyczna, jak być szczęśliwym w związku, jaką kobietą określamy mianem "borderline", czym jest pracoholizm, jaki wpływ ma na nas dzieciństwo czy wreszcie jak żyć, aby nie zwariować. Teksty mają format wywiadów, które zostały przeprowadzone przez redaktorkę "Wysokich Obcasów" oraz dziennikarza "Gazety Wyborczej"  - Agnieszkę Jucewicz oraz Grzegorza Sroczyńskiego.

Książka wciąga i nie da się nie przeczytać jej od deski do deski. Z każdym rozdziałem miałam wrażenie, że czytam o swoim przypadku. Okazuje się, że każdy może mieć wiele osobowości z jedną cechą osiową, która nas charakteryzuje. Wszyscy musimy na co dzień zmagać się ze swoimi wewnętrznymi demonami i często tę walkę przegrywamy. Wynika to głównie z tego, że w naszym społeczeństwie zakorzeniło się pewne przekonanie. Osoba, która udaje się do psychologa uważana jest za słabą i nie dającą sobie rady z rzeczywistością. Ta sama osoba w Niemczech czy Anglii uznawana jest za silną, szukającą fachowej pomocy i dbającą o swoje zdrowie psychicznie. Musicie przyznać, że ma to sens.

Po lekturze książki długo dyskutowałam z mężem na wybrane tematy. Mąż także pochłonął książkę w oka mgnieniu. Nie jest łatwo żyć w dzisiejszych czasach i nie mieć żadnych problemów ze swoją psychiką. Nasza psychika jest z jednej strony fascynująca, ale z drugiej strony bardzo mnie przeraża. To co potrafimy sobie wmówić, aby uczynić się nieszczęśliwym, widać jedynie z pewnej perspektywy. Ma to miejsce wtedy, kiedy na chwilę zdystansujemy się i spojrzymy na nasze życie z boku. Genialna książka, dająca do myślenia, zmuszająca do refleksji i dyskusji. Oby takich pozycji było na rynku jak najwięcej.

Za lekturę bardzo dziękuję Wydawnictwu Agora

4.13.2013

"Joga. Równowaga ciała, umysłu i duszy." Cynthia Worby


Dwa tygodnie temu udałam się na swoją pierwszą lekcję jogi. Było...ciężko. Nie potrafiłam zapanować nad oddechem, plątały mi się nogi i ręce, a mięśnie drżały z wysiłku. Po 90 minutach ćwiczeń byłam niemal pewna, że jednak joga to nie zajęcie dla mnie. Jednak kiedy wróciłam do domu przypomniało mi się o książce, która cierpliwie czeka na swoją kolej do recenzji. "Joga. Równowaga ciała, umysłu i duszy" wprowadziła mnie w świat jogi, od podstawowej teorii po zawiłe techniki. Na jodze byłam już cztery razy i wiem, że będzie to nieco dłuższa przygoda.

Poradnik to wielka księga (355 stron) zawierająca wszystko, co powinien wiedzieć każdy, kto pasjonuje się jogą. Pierwsze 5 rozdziałów książki ma zapoznać czytelnika z tym, czym jest joga, jakie korzyści płyną z uprawiania jej, jaka jest jej historia i filozofia, a także jakie style jogi wyróżniamy. Rozdział 6 jest rozdziałem wprowadzającym do ćwiczeń i mówi o nastawieniu i motywacji. Bardzo ważny rozdział! Na początku uczymy się poprawnego oddychania, co jest niezwykle ważne i niestety trudne. Przynajmniej dla mnie. Kontrola oddechu to moja pięta Achillesowa. Dlaczego? A no głównie dlatego, że należę do osób, które mają                milion pomysłów na minutę i ich umysł non stop jest czymś zajęty. Uprawiając jogę trzeba się...wyłączyć. Odpłynąć, zapomnieć o obowiązkach i całym świecie. Wtedy skupienie się na oddychaniu jest znacznie łatwiejsze. Ja nadal trenuje.

Następne rozdziały to mówią o asanach i wszystkich pozycjach przyjmowanych przez osobę uprawiającą jogę. Książka omawia pozycje służące jako rozgrzewka, pozycje stojące, siedzące, leżące, skręty i wiele, wiele innych. Wszystko zobrazowane jest ilustracjami, dlatego wykonywanie ćwiczeń nie sprawia żadnych problemów. Studiowanie książki to zajęcie na dobrych kilka miesięcy.

Nadal jest początkująca i wiele wody upłynie zanim to ja nabiorę płynności. Z czasem podobno jest znacznie lepiej, więc wytrwale czekam na efekty uprawiania jogi. Pierwszy tydzień był męczarnią, jednak kolejne zajęcia z instruktorem sprawiły mi więcej radości. Rola instruktora jest niezwykle ważna. Musi on być mentorem ćwiczącego, osobą sympatyczna, otwartą, pomocną. Moja pani instruktor wszystkie te cechy posiada, dlatego bardzo motywuje mnie do ćwiczeń. Wobec tego, polecam nie tylko tę książkę ale i korzystanie z  grupowych zajęć jogi.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Septem

4.10.2013

"Playbook. Podręcznik podrywu" Barney Stinson, Matt Kuhn


Zdecydowałam się na lekturę tej książki, ponieważ uwielbiam serial "Jak poznałem waszą matkę".  Taka rozrywka raz w tygodniu momentalnie i mentalnie poprawia mi nastrój. Kiedy zobaczyłam, że Wydawnictwo Sine Qua Non wydało słynną "biblię Barneya" wiedziałam, że musi być to lektura niezwykle oryginalna i specyficzna w odbiorze. I taka właśnie jest.

Barney Stinson to typowy podrywacz z narcystycznym i egoistycznym podejściem do życia. Jest zawsze perfekcyjny, elegancki, ubrany w najlepszy garnitur i zawsze ma ochotę na podryw. Jego pewność siebie wynika nie tylko z pozycji zawodowej i bogactwa. Barney  jest święcie przekonany o tym, że jest ideałem dla każdej kobiety. Jest to ten typ mężczyzny, który nie jest zbyt wybredny jeśli chodzi o wybór partnerki łóżkowej. Powiem wprost - dla niego liczy się tylko powierzchowność. Bohater serialu "Jak poznałem wasza matkę" nie ma łatwego charakteru i jest mu z tym znakomicie.

Książka została napisana właśnie z perspektywy fikcyjnej postaci, jaką jest Stinson. Na próżno szukać tutaj życiowych i wzniosłych mądrości, zgrabnego stylu wypowiedzi czy melancholii. "Podręcznik podrywu" jest kwintesencją absurdu i humoru. Jest momentami wręcz niedorzeczny, ale ta niedorzeczność jest tutaj największym atutem. Specyficzne podejścia do życia, a przede wszystkim do kobiet, wprawia czytelnika w zdumienie połączone z lekką kpiną. Tylko taki bohater jak Barney, potrafiłby wymyślić tak niecodzienne i kosmiczne sposoby na podryw. Mimo, że potrafi nieźle wkurzyć i poirytować, nie sposób go nie uwielbiać.

Oczywiście należy pamiętać, że książka nie jest poradnikiem dla zdesperowanych i samotnych mężczyzn. Według mnie to świetna gratka dla wielbicieli serialu, którzy doskonale znają postać Barneya i wiedzą, a przede wszystkim lubią jego poczucie humoru.  Myślę, że ten kto nie oglądał serialu nie za bardzo odnajdzie się w lekturze książki.  Jak dla mnie świetna rozrywka bez konieczności wysilania szarych komórek.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu SQN

4.09.2013

"Marie Heinrich. W oczekiwaniu na miłość" Paul Keller


Pierwsze co przyciąga do powieści Paula Kellera to okładka. Ma zupełnie inną fakturę niż większość książek wydawanych na naszym rynku księgarskim. Jest bardziej błyszcząca i pokryta cieniutką folią. Kiedy spojrzymy na obrazek znajdujący się na okładce wiemy, że czeka nas powieść o charakterze obyczajowym, osadzona gdzieś na początku XX wieku. I dokładnie to otrzymujemy.

Tytułowa bohaterka - Marie Heinrich - to młoda i silna dziewczyna, która po śmierci swego ojca przejmuje niejako jego rolę w opiece nad rodzeństwem i pomaga swej matce w codziennych obowiązkach. Jest, jak na tamte czasy, niezwykle odważna i nie boi się bronić swoich poglądów. Przez mieszkańców wsi uważana jest za kobietę mało urodziwą, acz heroiczną i pracowitą. Szczególnie mężczyźni, przyzwyczajeni do swoich cichych, uległych i spokojnych żon, uważają ją za osobliwe zjawisko i zwyczajnie odczuwają w jej towarzystwie strach wymieszany z podziwem. Marie sprawuje pieczę nad swoim rodzeństwem, które wychowuje dość surową ręką. Nie jest jednak oziębła w kontaktach z najbliższymi i potrafi okazać im miłość i oddanie. Jednak sama o sobie ma niezbyt dobre zdanie. Uważa się, za kobietę mało urodziwą, zbyt wysoką i potężną. Kiedy w okolicy pojawia się nauczyciel Neuman, Marie po raz pierwszy zaczyna odczuwać fascynację i pożądanie, którego nie jest w stanie ukryć. Jednak los ma dla niej wiele przykrych niespodzianek, które pokrzyżują jej plany.

Przyznam, że początkowo zupełnie nie potrafiłam odnaleźć się w tej powieści. Pierwsze 30 stron tekstu notorycznie wywoływało u mnie ziewanie i zniechęcenie. Jednak z czasem wciągnęłam się w fabułę i z przyjemnością doczytałam ją do końca. Styl pisarza jest bardzo specyficzny. Książka po raz pierwszy została opublikowana w 1926 roku w kilka lat przed śmiercią pisarza. Sam Keller uważany był za osobę niezwykle konserwatywną i religijną. Widać to na każdej ze stron. Czasami nieco frustrowałam się, kiedy to czytałam jak to kobieta powinna rodzić dzieci i opiekować się domostwem, bo to jest dla niej największym błogosławieństwem. Fragmentami wręcz bluźnierczo wypowiadał się na temat kobiet, które nie decydują się na dzieci, używając bardzo wyrazistych epitetów. Opisy w których autor ukazał w jaki sposób mężczyźni traktowali swe żony, również dawały do myślenia. Przytoczę tutaj fragment, w którym jeden z bohaterów - miejscowy kowal - pokazał się swej żonie w eleganckim fraku:

"Stała przed nim z otwartymi ustami i wybałuszonymi oczami, nie mogąc złapać oddechu. Kowal na szczęście znał się na rzeczy i bez wahania huknął ją otwartą dłonią w plecy."

Przyznaje jednak, że pomimo tych licznych fragmentów, w których kobiety przedstawiane były jako głupiutkie mimozy, książka okazała się kawałkiem relaksującej i wciągającej lektury. Czytelnik może na chwilę przenieść się do innej epoki i przynajmniej starać się zrozumieć decyzję Marie. Miejmy świadomość, że akcja powieści toczy się przed pierwszą wojną, dlatego zarówno priorytety oraz zachowania bohaterów, są dość specyficzne. To opowieść o silnej i niezależnej kobiecie, której duma i własny honor nie pozwoliły być szczęśliwą. Książka troszkę traci na przekazie w dzisiejszych czasach, ponieważ trudno mi sobie wyobrazić aby podobno sytuacja miała miejsce w obecnych czasach.

Polecam przede wszystkim miłośnikom powieści obyczajowych w stylu Austen. Odradzam feministkom  bo może im znacząco podnieść ciśnienie.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novaeres

4.07.2013

Kawy na powitanie wiosny


Powracam szczęśliwie z recenzjami kaw. Dziś paczka z dwoma ciekawymi kawami aromatyzowanymi i jedną naturalną. Przyznaje, że picie aromatycznych kaw bardzo umila mi oczekiwanie na wiosnę. Wszystkie kawy można nabyć w sklepie internetowym 1000 smaków świata.  Przy okazji chciałam się troszkę pochwalić nowymi filiżankami, przywiezionymi przez mamę z Amsterdamu :)


Pierwsza, najbardziej kontrowersyjna, to „malinowy krem. Kontrowersyjna dlatego, że mi zasmakowała bardzo, mężowi już dużo mniej. Zgodnie z nazwą kawa ma smak i zapach malin, czy raczej malinowo-śmietankowego kremu. Bardzo fajne połączenie, szczególnie do kaw mlecznych. Mąż, który pije tylko czarną kawę, był nieco zawiedziony, że poza malinami w tej kawie mało jest... samej kawy. Dla osób, które bardzo tęsknią za latem i smakiem domowego ciasta z malinami i kruszonką, to idealna propozycja.



 Mąż był za to zadowolony z kolejnej kawy:Cuba SerranoSuperior. Jest to bardzo dobra kawa, o ciekawych posmakach i wspaniałej równowadze pomiędzy kwasowością i goryczą. Dzięki temu świetnie nadaje się do espresso. Sporo w niej orzechów, trochę karmelu, może też dymu. Ciekawe czy ten ostatni aromat ma coś wspólnego z kubańskimi cygarami?;)



Trzecia kawa nosi kuszącą nazwę „french kiss” i stanowi miłe połączenie słodyczy i rześkiej nuty owoców. Jej smak może kojarzyć się z jakimś lekkim likierem ale doprawdy trudno wychwycić cóż to takiego. Jest to z pewnością przykład zaskakującej i niebagatelnej kawy aromatyzowanej, po wypiciu kilku filiżanek której wciąż można dyskutować, jakie smaki w sobie zawiera.


Za kawy dziękuję sklepowi internetowemu 1000 Smaków Świata.

4.03.2013

"Myśleć efektywnie, czyli jak sprawniej rozwiązywać problemy i osiągać cele"


Zanim sięgnęłam po ten poradnik, długo zastanawiałam się czy można nauczyć się myśleć efektywnie? Według autora tej książki jest to możliwe. Czy faktycznie można wyćwiczyć w sobie tzw. smart thinking?  Trochę trudno mi było w to uwierzyć, bowiem inteligencja (w znaczeniu ogólnym, a nie książkowym) jest albo jej nie ma. Co na to autor książki?

Autorem poradnika "Myśleć efektywnie, czyli jak sprawniej rozwiązywać problemy i osiągać cele" jest psychologiem, autorem wielu artykułów naukowych z pogranicza nauk kognitywnych, a także konsultantem firmy Procter & Gamble. Nie mam najmniejszej wątpliwości, iż człowiek z takim dorobkiem zawodowym potrafi myśleć efektywnie i wykorzystywać tę zdolność w codziennych sytuacjach. Po lekturze książki nie wątpię także w jego wiedzę teoretyczną na ten temat. Książka to świetny zbiór teorii na temat możliwości ludzkiego umysłu. To głównie na tym temacie skupia się autor. Pokazuje nam (na licznych przykładach) jak wielu ludzi sukcesu potrafi wykorzystać swój potencjał i w jaki sposób przekształcają z pozoru proste myśli w rewolucyjne idee.

Czy jednak po przeczytaniu tej książki będzie nam łatwiej osiągnąć wybrany cel? Nie do końca. Sam autor pisze o tym, jak ważna w naszym życiu jest świadomość tego, że nie mamy praktycznie żadnych ograniczeń w poszerzaniu naszej wiedzy. Więc co stoi na przeszkodzie? Zapewne brak motywacji, brak pewności siebie czy presja otoczenia. Autor pokazuje nam w jaki sposób możemy wykorzystać to co wiemy i potrafimy najlepiej. Czasami bowiem samy nie wiemy ile drzemie w nas potencjału, które nie miał nigdy szansy wyjść na światło dzienne.

Komu można polecić ten poradnik? Przede wszystkim młodym i dynamicznym ludziom, uczniom i studentom, osobom, które myślą o założeniu własnego biznesu i wszystkim tym, których ciekawią tajniki naszego mózgu i jego możliwości.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Samo Sedno

3.27.2013

Nauka kaligrafii podczas nauki języków azjatyckich


Każdy kto kiedykolwiek zaczynał uczyć się języków azjatyckich wie, że w początkowych etapach nauki najwięcej problemów sprawia nauka kaligrafii. Nie jest nam łatwo przyzwyczaić się do nowego pisma, które  przypomina raczej hieroglify niż pismo użyteczne na co dzień.  Na szczęście są już na naszym rynku dostępne pozycje do nauki kaligrafii języków azjatyckich, wydane przez Wydawnictwo Edgard.

Przetestowałam książki do nauki dwóch języków - japońskiego i chińskiego.




Japoński - Kaligrafia
W tej niepozornej objętościowo książce (94 strony) znajdzie się wszystko to, co potrzebne jest początkującym, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z japońskim. We wstępie autorzy wyczerpująco opisują czym jest kaligrafia i kanji oraz to, w jaki sposób korzystać z książki. Bardzo mnie cieszy, że na początku został też umieszczony alfabet hiragana i katakana, łącznie z kolejnością stawiania kresek i zasadami czytania. Po obszernym wstępie przechodzimy do konkretnych rozdziałów, w których poznać można słownictwo z konkretnych dziedzin takich jak liczebniki, żywioły, czas, człowiek, zwierzęta itp. Łącznie jest to 200 podstawowych znaków ujętych w 13 kategorii. 

Każdy znak umieszczony jest w niebieskim polu, a tuż obok niego umieszczono dwa rodzaje czytania oraz kilka złożeń, co dodatkowo wzbogaca język i słownictwo. Pod tymi informacjami znajdują się kratki uczące nas kolejności stawiania kresek, a także miejsce na samodzielne ćwiczenie. Tego miejsca jednak nie jest dużo, dlatego autorzy na samym końcu książki dodali kilka stron extra, przeznaczonych właśnie na szlifowanie kaligrafii. Polecałabym jednak założenie osobnego zeszytu. Książka zawiera także alfabetyczny spis, słownik wszystkich słówek, które w niej się znalazły.

Książka będzie idealna dla początkujących, którzy pragną w przyszłości kontynuować naukę japońskiego.


                                                           Chiński - Kaligrafia
Książka ta jest nieco większa objętościowo niż jej kuzynka do nauki kaligrafii języka japońskiego. Liczy około 118 stron. Autorka tej książki we wstępie skupiła się na informacjach ogólnych dotyczących języka chińskiego, nie samej tylko kaligrafii. Pisze w niem nieco i historii pisma oraz kolejności stawiania kresek. W dalszych rozdziałach skupia się na zapoznaniu czytelnika z kategoriami znaków, które nie da się ukryć są dość trudne i momentami skomplikowane. Przysparzają uczniom znacznie więcej trudności niż chociażby pismo japońskie.  Tym samym według pewnych kluczy, zostało ułożonych w książce ponad 270 znaków, wraz z tłumaczeniem, wymową oraz przykładowym użyciem słów.

Tak jak w przypadku książki do nauki kaligrafii japońskiej jest to pozycja dla początkujących na poziomie A1-A2. Osoby, które już mają podstawy języka chińskiego powinny wybrać książkę na wyższym poziomie, która skupia się bardziej na rozszerzeniu słownictwa, uczy dialogów czy konstrukcji zdań.




Za książki dziękuję Wydawnictwu Edgard

3.22.2013

"Katharine Hepburn" Charlotte Chandler

Jeszcze miesiąc temu niewiele wiedziałam o Katharine Hepburn. Oczywiście widziałam kilka najważniejszych filmów  z udziałem aktorki jak "Zgadnij kto przyjdzie na obiad" czy też "Nad złotym stawem" (obie produkcje Oscarowe). Zdecydowałam się zapoznać z biograficzną pozycją Charlotte Chandler, która dała się już poznać jako znakomity biograf chociażby Dietrich oraz Bergman.

Co ciekawe nie jest to biografia oparta na dotychczasowych doniesieniach prasowych czy poprzednich biografiach, lecz autentyczny zapis wywiadu rzeki, który aktorka udzieliła pisarce w swojej posiadłości Cukora.  Tym samym jest to bardzo szczera, momentami niezwykle intymna biografia jednej z najsłynniejszych  aktorek amerykańskich. Życie Katharine naznaczone były wielkimi tragediami, a droga do sukcesu miała swoje jasne i ciemne strony.  Urodziła się w wielodzietnej rodzinie, jako jedna z sześciorga dzieci lekarza i sufrażystki.  To po rodzicach odziedziczyła wolę walki i siłę ducha. Jako laureatka czterech statuetek Oscara za najlepsze role pierwszoplanowe, nigdy nie odebrała nagrody z powodu nieobecności na ceremonii ich rozdania. Aktorka dożyła prawie 100 lat (dokładnie 97), co było niezwykle rzadkie w kręgu amerykańskich aktorek-skandalistek.

Co mnie zaskoczyło najbardziej to fakt, iż nie była w żaden sposób spokrewniona z Audrey Hepburn. Co więcej, Katharina bardzo jej nie lubiła. Pomiędzy aktorkami dochodziło do poważnych sprzeczek i nie ukrywały, jak bardzo nie pałają do siebie sympatią. Aktorka w odróżnieniu od Audrey potrafiła oddzielić życie prywatne od filmowego. Wielokrotnie podkreślała, że intymność oraz rodzina stanowią dla niej sens życia. Niestety w młodości była świadkiem samobójczej śmierci brata, co odbiło się na jej psychice i tkwiło w niej do końca jej życia.

Książka wydana jest twardej oprawie z licznymi fotografiami. Idealnie nadaje się na prezent dla najbliższej osoby. Będzie z całą pewnością gratką dla fanów biografii sławnych osób. Mnie szczególnie bliskie są życiorysy, gdyż wnoszą za każdym razem coś nowego do mojego życia. Warto przeczytać.

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

3.20.2013

"Gogol w czasach Google'a" Wacław Radziwinowicz



Nowa pozycja o współczesnej Rosji, którą polecam wszystkim, którzy interesują się tym krajem. Jest to zbiór krótkich felietonów pisanych przez wieloletniego korespondenta GW w Moskwie – Wacława Radziwinowicza. Choć między stworzeniem pierwszego i ostatniego tekstu minęło ponad 10 lat, co w dzisiejszych czasach stanowi ogromną przestrzeń do zmian i postępu, to w Rosji pewne sytuacje zdają się zapętlać. Co więcej, sens wielu opowiedzianych historii czytelnik może znać z dzieł dziewiętnastowiecznych rosyjskich klasyków – Gogola czy Czechowa, którzy z doskonałą ironią pisali o absurdach ówczesnego caratu. Dlatego tytuł książki jest tak trafny – bohaterowie rodem z Gogola: handlarz martwymi „duszami” Cziczikow, oszukańczy „rewizor” Chlestiakow czy też „mały człowiek”, urzędnik mniej warty od swojego szynela – Baszmaczkin, to postacie wiecznie żywe, obecne i dziś, w czasach Google'a.

Książkę czyta się przyjemnie, jeśli ktoś czerpie przyjemność z groteski i totalnego absurdu. Może autor za mocno skupił się na ciemnych stronach życia w Rosji, tak jakby tych jasnych nie było tam wcale. Rzeczywistość jest na pewno bardziej skomplikowana, niż jej pstrokate wycinki, zaprezentowane przez Wacława Radziwinowicza. Zresztą polscy dziennikarze przyzwyczaili mnie do jednostronnego i jednobarwnego opisu Rosji, tymczasem kontakt z mieszkańcami tego kraju, czy lektura rosyjskiej prasy poszerza ten obraz, dodając do niego bardziej rzeczywistych kolorów. Niemniej, warto sięgnąć po książkę „Gogol w czasach Google'a”, choćby dla bogactwa faktów i spostrzeżeń z codziennego życia Rosji.

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Agora

3.12.2013

Yerba mate zamiast kawy?


Nie każdy jest miłośnikiem kawy. I chociaż dla mnie jest to niezrozumiałe, są ludzie, których sam zapach kawy odstrasza. W takich przypadkach warto wybrać  znacznie zdrowszą wersję napoju, który dodaje energii w nie mniejszych stopniu.

Yerba mate, bo o niej mowa, jest nie tylko pobudzająca, ale i dość oryginalna w smaku. Co ważne, dla osób, które dbają o swoje zdrowie, yerba mate nie wypłukuje z organizmu magnezu i nie podnosi ciśnienia tętniczego. Dodatkowo wiele zdrowotnych właściwości zielonej herbaty znajduje się również w tym peruwiańskim napoju. Okazuje się, że długotrwałe spożywanie yerba mate wzmacnia odporność, działa antyoksydacyjne, przyspiesza trawienie ułatwiając przy tym utrzymywanie diety.

Co jego walorów smakowych - trzeba się niestety przyzwyczaić. Yerba matę zaparzać powinno się w specjalnych tykwach (ja używam zwyczajnego kubka) i popijać przez bombillę (długi, drewniany rodzaj słomki z dziurkami filtrującymi napój). Zazwyczaj wsypuję około 5-6 łyżeczek suszonych liści i zalewam wodą o temperaturze około 70 stopni. Z doświadczenia wiem, że jest wtedy mniej cierpka i łagodniejsza w smaku. Bardzo długo nie mogłam przyzwyczaić się do tego smaku. Dla mnie przypomina on tytoń.

Dlatego z ciekawości wypróbowałam Yerba Matę smakową -CBSe Pomelo



Sposób zaparzania:
6 łyżeczek suszu zalewam 250 ml wody o temperaturze 70 stopni. Zwykle czekam około 10 minut po zagotowaniu się wody w czajniku. Ten sam susz zalewam potem kilkukrotnie, gdyż nie traci swojego smaku i ciągle jest dość intensywny.

Smak
Smak pomelo faktycznie wyraźnie przebija się przez typową dla yerby  cierpkość. Zauważyłam, że gdy napój jest nieco zimniejszy smak ten jest intensywniejszy. Smakowe yerby to idealne wyjście dla tych, którzy nadal nie mogą przyzwyczaić się do jej tradycyjnego smaku. Ostatnio bardzo często sięgam po cytrusowe nuty herbat i kaw.



Macie jakieś doświadczenia z yerba mate? Pijecie albo chcielibyście spróbować?



Za herbatę dziękuję sklepowi internetowemu Skworcu.pl

3.08.2013

"Skąd się biorą dziury w serze?" Petra Maria Schmitt, Christian Dreller


Książki dla najmłodszych już od dawna pozytywnie mnie zaskakują. Autorzy mają coraz oryginalniejsze pomysły na rozbudzenie dziecięcej ciekawości i trzeba przyznać, że wychodzi im to znakomicie. Tym razem sięgnęłam po książkę przeznaczoną dla dzieci w przedziale wieku 8-12 lat. Dzieci w tym wieku zadają setki trudnych pytań, na które nie wpadł by pewnie żaden dorosły człowiek. To właśnie ta dziecięca dociekliwość sprawiła, że publikacja będzie wspaniałym prezentem dla każdej bystrej pociechy.

Książka została wydana w formacie A4, jest pięknie ilustrowana i zawiera w sobie historyjki, w których głównymi bohaterami są małe, dociekliwe dzieciaki, dla których świat stanowi zagadkę. Każda opowiastka pozwoli rozwikłać inne, nie dające spokoju pytanie. Dlaczego samoloty latają? Dlaczego banany są krzywe? Czemu dzięcioły nie cierpią na ból głowy? Na nurtujące pytanie pomagają maluchom odpowiadać dorośli - dziadkowie, rodzice czy nauczyciele.



Każda z historyjek opisana jest na 2-3 strony, dlatego czytanie można stopniowo "dawkować" dzieciom. Książka uczy przede wszystkim myślenia i zrozumienia zjawisk przyrody i wszechświata na podstawie prostych przykładów. Dziecko może rozwijać swoją wyobraźnię i świetnie się przy tym bawić. Polecam nie tylko rodzicom.

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

3.05.2013

"Żegnajcie błędy! Angielski dla Polaków." Praca zbiorowa


Mimo, że uczę się języka angielskiego już ładnych parę lat (chyba już ponad 10 nawet), to często zdarza mi się popełniać proste błędy. Do końca nie wiadomo z czego to wynika, ale Polacy mają tendencje do robienia podobnych błędów językowych.  Podręcznik "Żegnajcie błędy opracowany został przez absolwenta filologii języka angielskiego - Bartosza Czartoryskiego - pracującego na co dzień jako lektor oraz publicysta. Drugim autorem jest  Terence Clark-Ward, absolwent Lancaster University, który także zajmuje się nauczeniem tego języka.

Nie da się ukryć, że większość z nas ma ten sam problem - dużo rozumie, ale za dużo powiedzieć nie potrafi. To właśnie w tym tkwi główny problem. Brak pewności siebie wynika ze słabej znajomości języka. Książka ma na celu ukazanie najczęstszych błędów, które popełnia się podczas mówienia tzw. kalki językowe. Chodzi tutaj o nieporozumieniach językowych np. "dziękuję z góry" - "thank you from the mountains". Każdy, kto dłużej uczy się języka angielskiego wie, że to błędne i nieco śmieszne stwierdzenie, jednak są osoby, które nadal posługują się takimi zwrotami.

Inną kwestią są false friends - wyrazy, które brzmią bardzo podobnie do słów polskich, ale znaczą zupełnie co innego np. pasta to nie pasta do zębów, a makaron. Mam nadzieję, że nakreśliłam trochę problematykę podręcznika. W książce znajduje się 5 rozdziałów, a w każdym po 5 dialogów ułożonych w taki sposób, aby ukazać najpowszechniejsze błędy. Po każdym z dialogów autorzy bardzo szczegółowo objaśniają każdą z użytych form/zwrotów i tłumaczą dlaczego jest ona poprawna i gdzie popełniane są najczęstsze błędy i dlaczego.

Książka zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie i z czystym sumieniem polecam ją wszystkim tym, którzy chcą "rozwinąć swoje skrzydła" i podszkolić się w języku angielskim. Podręcznik polecany jest osobom, które znają już język na poziomie B1-C1. Do całości dołączona jest płyta mp3 z wszystkimi dialogami, które znajdują się w książce.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Poltext

2.24.2013

"Dubo...Dubon...Dubonnet" Izabela Czajka-Stachowicz



"Do tej pory - cóż, uważałam Paryż za wspaniałe miasto wspaniałego narodu - ot, i wszystko. A teraz... teraz  ja sama swoim wzrokiem, słuchem, dotykiem, całą sobą, ciałem i naskórkiem poczułam Paryż. Tylu ludzi chodzi po jego trotuarach - jeździ metrem, siedzi w małych bistrach i na wspaniałych tarasach jego kawiarń - każdy czegoś innego w nim szuka i każdy to, czego szuka, znajduje. Wszyscy mogą tam żyć według swojego widzimisię i nikogo to nie gorszy. Jeśli chcesz, możesz chodzić po szlafroku po ulicy, jeśli chcesz, możesz sobie włożyć na głowę garnek i spacerować w nim - nikogo nie zadziwisz - na nikim nie zrobi to najmniejszego wrażenia."

Izabela Czajka-Stachowicz  to polska pisarka, znana również jako Bella, absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Paryżu, przyjaciółka Gombrowicza oraz Witkacego. Zasłynęła między innymi dzięki swoim powieściom autobiograficznym, wydawanym po raz pierwszy w latach 1956-1970. "Dubo...Dubon...Dubonnet" to ostatnia część jej wspomnień, wydana całkiem niedawno, nakładem Wydawnictwa W.A.B.

Zanim zabrałam się za czytanie, zastanawiałam się nad tytułem. Co oznacza enigmatyczna nazwa Dubonnet? Dubonnet to rodzaj aperitifu pochodzenia francuskiego o gorzkim, cierpkim smaku. Są to także słowa piosenki, która nieustannie rozbrzmiewa na ulicach międzywojennego Paryża. Mamy rok 1924. Dystyngowana i elegancka Bella wyrusza pociągiem do Paryża, aby posmakować wspaniałego życia w mieście świateł. Stolica Francji zdaje się być dla niej idyllą, pełną wytwornych ludzi, oszałamiających potraw i zapachów.  Belle kuszą wielogodzinne wycieczki po Luwrze, croissanty popijane kawą z mlekiem oraz pastelowe i szykowne kreacje.

Zanim jednak udaje jej się wtopić w świat luksusu, kobieta zderza się z przykrą rzeczywistością. Zatrudniona w małym wydawnictwie doświadcza głodu i ubóstwa. Całymi dnami marzy o ciepłym posiłku, które na tym etapie życia, wydaje jej się luksusem.  Z czasem jednak, dzięki niezłomności i zdecydowanym charakterze Bella dopina swego. Wspomnienia Izabeli Czajki-Stachowicz to szczery i bezpośredni zapis wyzwolonej, bezpośredniej i pewnej siebie kobiety. To także barwny i zaskakujący opis życia społecznego i kulturalnego w międzywojennym Paryżu. Naprawdę nie sposób oderwać się od lektury, a bardzo łatwo można ulec jej czarowi.

Bardzo dawno nie czytałam tak prawdziwej i czarującej książki. To dla mnie połączenie Samozwaniec i Colette, eleganckiego i wytwornego Paryża i polskiej przaśności. Ciekawa było dla mnie postawa autorki w stosunku do życia w latach 60-tych, w których powstała ta autobiografia. Według pisarki, lata 60-te pełne były "obdartych i brudnych młodzieńców wraz z ich krótko ostrzyżonymi, bezbarwnymi dziewczynami", które już w niczym nie przypominają dystyngowanych kobiet z lat 20-tych i 30-tych.  Od zawsze starsze pokolenia mają w zwyczaju krytykować kolejne. I to nigdy się nie zmieni.

Gorąco zachęcam Was do lektury. Niepowtarzalna uczta dla zmysłów. Dzięki barwnym opisom autorki, sama w swojej wyobraźni piłam café au lait w uroczych kawiarenkach, przywdziewałam cytrynowe lakierki, szykowne kapelusze i pachniałam perfumami Guerlain.

Wydawnictwo W.A.B wydało już trzy części autobiografii Izabeli Czajki-Stachowicz w przepięknych okładkach. A w marcu, będzie miała miejsce premiera czwartej.




Za lekturę dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

2.21.2013

Filmowo

Ostatni miesiąc obfitował w filmy. Miałam ogromny apetyt na nietuzinkowe produkcje, a także te nominowanie do tegorocznych Oskarów. W poniższym rankingu zaprezentuje Wam kilka z nich. Mam nadzieję, że któreś przypadnie Wam do gustu i po lekturze tego posta zdecydujecie się na seans.

Zabiłem moją matkę (2009)


Biograficzny i tym samym bardzo osobisty obraz, wspomnianego już przeze mnie wcześniej rewelacyjnego Xaviera Dolana (chłopak z plakatu obok). Historia nastolatka homoseksualisty, który po rozwodzie rodziców zostaje pod opieką swojej matki. Matki, która, najdelikatniej mówiąc, nie jest przykładem wyrozumiałej i dobrodusznej rodzicielki. Bolesna i traumatyczna walka ideowa, pokoleniowa, walka o zrozumienie i miłość. Wstrząsający i bardzo głęboki obraz, który został doceniony i uhonorowany 3 nagrodami w Cannes. Dolan dostał 8-minutowe owacje od publiczności, która nie mogła wyjść z podziwu, po obejrzeniu debiutu 20-latka.
Jak dla mnie genialny, zahaczający o arcydzieło film z porażającą francuską muzyką. Podobno Dolan to idol hipsterów i homoseksualistów. Hmm, nie jestem ani jednym ani drugim, a z całą stanowczością mogę rzec, że oszalałam na punkcie jego produkcji.




Sugar Man (2012)


Dokumentalny film, którego fabułę nie chcę za bardzo zdradzać. Mam nadzieję, że zachęci Was trailer. Nie często mam przyjemność z filmami dokumentalnymi, więc z ogromną ciekawością skusiłam się na wizytę w kinie. Tym bardziej, że był dość często polecany przez redaktorów radiowej Trójki. Po seansie byłam oczarowana i nie mogłam przestać się uśmiechać. Jest to historia zaskakująca i aż trudno uwierzyć, że jest autentyczna.  Z pewnością tego typu produkcje podnoszą na duchu i dają do myślenia. Nigdy nie wiemy jaki wpływ na innych ludzi, ma to jacy jesteśmy i co robimy. Tym bardziej jeśli wydaje się, że nasze starania i wysiłek są bezowocne. Przyszłość może okazać się zaskakująca...








Django (2012)


Wszystkie filmy Tarantino są dla mnie kinową ucztą. Z niecierpliwością czekałam na najnowsze dzieło znakomitego reżysera. Recenzje i zapowiedzi były tak obiecujące, że na samym starcie uznałam film za pozycję must to watch. Niestety, zawiodłam się. Oprócz sympatycznego konia kiwającego łebkiem na przywitanie, nie odnalazłam w nim nic szczególnego. Akcja toczyła się za wolno, dialogi były zbyt drętwe i mało zaskakujące. Oczekiwałam wiele, wiele więcej. Jak na tak znanego i wybitnego reżysera, szału nie było. Nie było też dramatycznie. Ot kolejna produkcja, o której szybko zapomina się zaraz po jej obejrzeniu. Oby następny film Tarantino powalił mnie na kolana, tak jak to bywało w przeszłości.








Miłość (2012)


Melodramat nominowany do tegorocznych Oskarów. Ona - utalentowany niegdyś muzyk, dziś schorowana, niedołężna i zagubiona w codzienności staruszka. On - również były artysta, oddany mąż, którego rzeczywistość zmienia nagła choroba żony. Tych dwoje zostaje wystawionych na wielką próbę. Bo czym naprawdę jest miłość? To trwanie ze sobą na dobre i złe, do końca dni życia ziemskiego? Czy są granice i czy ludzka psychika potrafi znieść wszystko? To zdecydowanie jeden z najsmutniejszych i najbardziej przerażających filmów, jakie widziałam w tym roku.  Mocno kibicuje tej produkcji i mam nadzieję, że zostanie uhonorowany Oscarem.








Poradnik pozytywnego myślenia (2012)


Czy jest możliwa miłość między dwojgiem wariatów? Jeżeli oboje szukają miłości, choćby w dziwaczny sposób, to co może im stanąć na przeszkodzie? Nic, nawet choroba psychiczna może sprzyjać rozkwitowi związku. Komedia z elementami dramatu zaskoczy niejednego widza. Początkowy wstrząs doprowadzający nieomalże do depresji, jaki serwuje nam reżyser, stopniowo zmienia się w szereg zabawnych i wzruszających epizodów. Idealny do oglądania we dwoje.










"Fizjologia starzenia się" Wydawnictwo PWN


Chociaż nadal uważam się za osobę młodą, mam niestety świadomość, że z dnia na dzień w moim organizmie zachodzą nieodwracalne zmiany na poziomie biochemicznym i molekularnym, które nieuchronnie doprowadzają mnie do starości. Prasa, portale i firmy kosmetyczne prześcigają się w coraz to nowszych, doskonalszych sposobach i specyfikach, które zapobiegają powstawaniu zmarszczek, usuwających wolne rodniki, uzupełniających niedobór mikro- i makroelementów w diecie czy też zabezpieczających telomery przed skracaniem się.

Bardzo często zachęceni reklamami sięgamy po produkty, które obiecują nam spektakularne rezultaty w niedługim czasie. Wielu z nas nabiera się na obietnice odkrycia tajemnic młodości. Niewielu jednak wie jak naprawdę starzeje się nasz organizm. "Fizjologia starzenia się" to kompendium  rzetelnej i naukowej wiedzy na temat procesów starzenia się.  Autorzy zaczynają swą książkę od rozróżnienia rodzajów starzenia się. Ten proces może przecież przebiegać w sposób zupełnie naturalny jak i patologiczny, chorobowy. Wiedzieliście o tym?

Oprócz rozległego opisu procesów fizjologicznych zachodzących w organizmie podczas starzenia się czytelnicy znajdą także psychologiczny zarys starości. Jestem przekonana, że ułatwi to pracę w zakładach opieki lub hospicjach pielęgniarkom, opiekunom czy samym psychologom. Mimo iż jest to podręcznik typowo akademicki i wydaje mi się, że większą rolę odegra w życiu specjalisty/studenta niż lajka, to nadal polecam ją wszystkim tym, którzy chcą mieć konkretną wiedzę na ten temat. Być może lektura tej książki zmieni Wasz pogląd na zdrowie odżywianie się, utrzymywanie kondycji fizycznej czy też umysłowej. Wiedza przydatna dla każdego z nas.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Naukowemu PWN

2.20.2013

"Świat od kuchni. W poszukiwaniu posiłku doskonałego" Anthony Bourdain


W naszym kraju aż roi się od programów kulinarnych i znakomitych kucharzy, którzy za sprawą mediów szybko stali się celebrytami. Niemal każdego dnia śledzić możemy potyczki znanej restauratorki z niefrasobliwymi właścicielami jadłodajni, podróże miłego i wiecznie uśmiechniętego kucharza, który zwykł gotować w różnych zakątkach świata czy też cieszące oko i podniebienie potrawy gotowane w domowym zaciszu przez byłe modelki.

Anthony Bourdain to smakosz, podróżnik i znany autor książek kulinarnych i kryminałów. Mężczyzna podróżując po całym świecie skosztował setek niecodziennych, zaskakujących, momentami budzących odrazę potraw. W kolejnych krajach jak Portugalia, Rosja, Francja czy Meksyk natrafia na oryginalne restauracje i bary, których menu wprawiłoby w osłupienie każdego miłośnika kulinariów. Zapis jego przeżyć, czasami mrożących krew żyłach, zawiera książka "Świat od kuchni, która w bardzo krótkim czasie znalazła się na liście bestsellerów New York Timesa.


Nie jestem typowym smakoszem i czytając książkę miałam sporo wątpliwości czy sama sięgnęłabym po niektóre dania jak zupa gotowana na koziej głowie czy bijące serce kobry. Podziwiam taki masochizm kuchenny u innych ludzi, bo sama wybieram raczej proste i lekkie potrawy. Oczywiście  w domu nie ugotuje tych bardziej skomplikowanych potraw, jednakże lektura książki to również inspiracja do ciągłego doskonalenia sztuki kulinarnej a także mini przewodnik po kuchniach świata.

Styl autora jest dość ironiczny, z dużą szczyptą humoru (nie rzadko czarnego) i dającego się zauważyć dystansu. Mnie taki humor i podejście jak najbardziej odpowiada. Jednakże jestem nieomal pewna, że niektórym styl pisania autora nie przypadnie do gustu. U niektórych czytelników postawa Bourdaina może wzbudzać niesmak z powodu bezpośredniego wydawania osądów i odważnych przemyśleń. Pierwszą moją myślą było porównanie pisarza do dr Housa. Obydwie postacie są na swój sposób narcystyczne, trochę snobistyczne i pyszałkowate. Czy jest to zaletą czy nie, nie potrafię jednoznacznie ocenić. Musicie sami zająć stanowisko w tej sprawie.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Carta Blanca

2.19.2013

"Dom" J.Patrick Lewis


Książki dla najmłodszych już dawno przestały być wyłącznie dla dzieci. Nie zawsze są to historie z prostą fabułą, o szczęśliwym zakończeniu i jaskrawych ilustracjach. Takie książki od dawna wzbudzają mój zachwyt i  wyobraźnie.

Nie inaczej jest w przypadku przepięknie wydanej książki "Dom". To niebanalna, smutna i wzruszająca historia widziana z perspektywy... domu. Dzieje jednego miejsca na przełomie lat i ludzi, którym dane było w nie zamieszkać. Zmieniała się przyroda, okoliczności, mieszkańców tytułowego Domu dotykały wielkie szczęścia i ogromne dramaty. W wypadku tej opowiastki to właśnie mury podchodzą do głosu.

Rzadko zastanawiamy się nad tym czym tak naprawdę jest dom. To nie tylko miejsce, do którego wracamy po ciężkim dniu w pracy, odpoczywamy czy jemy posiłki. To niemy świadek naszego życia, trudnych chwil okraszonych łzami czy momentów euforii i radości. To właśnie w rodzinnym domu mamy swoje ulubione miejsca "skrytki", w których czujemy się bezpiecznie jak nigdzie na ziemi. Z każdym kątem budzą się w nas wspomnienia z przeszłości, a zapachy jakie temu towarzyszą jesteśmy w stanie przywołać niemal natychmiast.


Piękne i wymowne ilustracje towarzyszą poetyckim strofom. Z jednej strony tak proste w przekazie słowa, zawierają w sobie zaskakującą mądrość ukrytą w metaforach. Nie tylko ludzie przemijają i odchodzą w zapomnienie.  Również domy, przepełnione mądrością i doświadczeniem "przyprószone zostają siwizną" i kruszeją z upływem lat.

"Dom" to sentymentalna podróż, fascynująca opowieść i przepiękne ilustracje wykonane przez Roberto Innocentiego, który został uhonorowany w 2008 roku Nagrodą im. H.Ch. Andersena. To książka, którą trzeba znać.

Za lekturę dziękuję Wydawnictwu Bona


2.17.2013

"Wyśnione miłości" (2010)



Cieszę się, że wreszcie mogę wrócić do blogosfery.Obrona pracy magisterskiej poszła jak z płatka i mogę ponownie zatracić  się w drobnych przyjemnościach jak filmy, muzyka i książki. Zaczniemy od filmu.


Czy imię i nazwisko Xavier Dolan coś Wam mówi? Nie? To najwyższy czas poznać tego 23(!) letniego chłopaka, który swoim talentem mógłby obdarować niejednego aktora, reżysera i scenarzystę. W wieku 20 lat wyreżyserował i napisał scenariusz do swojego pierwszego filmu "Zabiłem swoją matkę", w którym zagrał główną rolę. Artysta niemal natychmiastowo został okrzyknięty wybitnym talentem, a jego praca nagrodzona wieloma prestiżowymi nagrodami.

"Wyśnione miłości" to kolejny jego film o..... kurcze nie mogę Wam powiedzieć, bo popsuje całą tajemnicę i magię jaką niesie za sobą to arcydzieło. Tak, arcydzieło! Jest tak plastyczny, powabny, pełen wdzięku i subtelny, że momentami zapiera dech w piersiach. Bohaterowie są zagubieni, onieśmieleni, owładnięci jakaś dziwną obsesją graniczącą z psychozą. Przez całą projekcie nie można oderwać wzroku. Z zaciekaniem i zachwytem chłonęłam kolejne obrazy i na samą myśl, o tym, że film może się skończyć poczułam niewymowny żal.

Jeśli chodzi o tło filmu to nie da się nie dostrzec inspiracji stylem vintage. Już w drugim jego filmie przewija się w tle motyw Audrey Hepburn oraz Jamesa Deana. 

Od dziś obok mojej obsesji na punkcie filmów Larsa Von Triera, dołączają filmy wspaniałego Dolana. Nie mogę wyjść z podziwu. Zauroczył mnie w 100%.

Trailer

Przykład genialnie dobranej muzyki i plastyczności filmu:


Genialne, polecam!

2.11.2013

Krótka przerwa z powodu...

Moi drodzy

Na kilka dni (do piątku) chwilowo zawieszam jakąkolwiek działalność na blogu. 14 lutego bronię swojej pracy magisterskiej i obecnie nie potrafię skupić się na czymś innym. Ubolewam z tego powodu, ale mam nadzieję, że od nowego tygodnia, znowu ruszę pełną parą.

Proszę trzymajcie za mnie kciuki w czwartek:)

Zestresowana Kolmanka

2.07.2013

Smakowe kawy na chłodne wieczory


Lubicie, jak ja, zjeść coś słodkiego do filiżanki kawy? Ciasto, ciastko lub czekoladę? Pewnie tak i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie kalorie... Gorzki, palony smak kawy automatycznie przesyła do naszego mózgu sygnał, aby zrównoważyć wrażenia czymś słodkim. Trudno jest się temu oprzeć, szczególnie w dni jak dziś – Tłusty Czwartek. Ale jeżeli ograniczamy słodycze, to poza silną wolą można pomóc sobie, nieco oszukując nasz umysł. Prezentuję więc dziś trzy kawy o wybitnie słodkich i deserowych smakach.


Hawajska noc to aromaty rumu, ananasa i pomarańczy. Jest to mocna i intensywna kompozycja, kojarząca się z malibu i słodkimi likierami. Hawajskie aromaty równoważy kawowa gorycz. Kawa jest gęsta, gorzko-słodka, na długo pozostawia posmak w ustach. Jest w stanie w zupełności zastąpić deser. Doskonale udaje się w kafetierce lub tygielku. Otrzymałam ją w woreczku strunowym w formie ziaren. Najbardziej lubię świeżo zmieloną, aromatyczną. Kawy rozpuszczalne oczywiście też pijam, jednakże znacznie rzadziej. Kiedy mam mało czasu, potrzebuje kofeiny a napój wymaga ode mnie tylko zalania wrzątkiem. 



Kokosowa jest lżejsza od swojej poprzedniczki. Prym wiedzie w niej aromat kokosowy, egzotyczny, delikatnie słodki. Pierwsze moje skojarzenia to dobrze wszystkim znane kokosowe desery i słodycze. Jeżeli ktoś je lubi, to przypadnie mu go gustu również ta kawa. Dlatego już zrezygnowałam z kalorycznych słodyczy popijając tę kawę. Do tego rodzaju kaw najbardziej pasuje bardzo gorzka, ciemna czekolada.

Wiśnie w rumie były dla mnie klasyką jeśli chodzi o herbaty. Uwielbiałam swego czasu to połączenie smakowe, więc tym chętniej spróbowałam kawy o takim aromacie. Kawa prezentuje się różnie w zależności od sposobu przyrządzenia: w mokce lub tygielku „gęstnieje”, daje efekt jednocześnie słodki i gorzki, o rumowych, alkoholowych skojarzeniach. Jedliście kiedyś wiśnie z domowej nalewki? Użycie french pressu lub ekspresu przelewowego, w których napar ma mały i krótki kontakt z fusami, skutkuje kawą delikatniejszą, w której niełatwo odgadnąć dobrze znane składniki. W sam raz na wieczorną małą czarną. Nie wiem jak Wam, ale mi często zdarza się pić kawę przed snem.

Wszystkie opisane przeze mnie kawy znajdziecie w sklepie Skworcu.com.pl


2.06.2013

"Wilczyce" Aneta Borowiec


Do książki podeszłam jak do typowej, relaksującej powieści obyczajowej, opowiadającej o młodej kobiecie, która poprzez nieoczekiwane zdarzenia w swoim życiu, pobłądziła i desperacko zaczyna poszukiwania swego własnego "ja". To co czekało na mnie w środku książki, okazało się pozytywnie zaskakującą niespodzianką. Debiutancka powieść Anety Borowiec bije na głowę sztampowe "obyczajówki" i niesie za sobą znacznie więcej niż klasyczne "goń za swymi marzeniami".

Niespełna 30 letnia Natalia wiedzie, jak jej się wydaje, ustabilizowane życie u boku wiecznie zapracowanego i wyniosłego narzeczonego. Dziewczyna ma także  gromadę przyjaciółek, kochających dziadków oraz matkę, która jest jej zupełnym przeciwieństwem. Z początku zaczyna się stereotypowo. Natalia staje się świadkiem zdrady swego ukochanego Tomka z jedną z koleżanek i tym samym postanawia odpocząć od dotychczasowego życia i wyjeżdża na wieś, do Wilczyc, gdzie mieszkają jej dziadkowie. Jakby tego było mało senior rodu niespodziewanie trafia do szpitala. Wydawać by się mogło, że fabuła powieści jest z góry ustalona. Bałam się, że podczas lektury nie zaskoczy mnie już nic. No bo przecież teraz bohaterka przebywając na łonie natury, powinna albo wspaniałomyślnie wybaczyć zdradę swojemu narzeczonemu (wysłuchując historii miłości swych dziadków, ich wzlotów i upadków) bądź też poznać sympatycznego, acz skromnego młodzieńca rozwożącego mleko/listy/sprzedającego drób i zakochać się w nim do szaleństwa. Nic takiego się jednak nie dzieje.

Natalia wpada w wir sprzątania wiejskiej chałupki swojej babci i zupełnie przypadkiem natrafia na tajemnicze pudełko, które skrywa bardzo mroczną tajemnicę. Uwaga czytelnika skupiona jest wyłącznie na rozwiązaniu ponurej i krwawej zagadki z przeszłości. Wątek Natalia-Tomek oddala się nieco, dzięki czemu czytelnik zyskuje dodatkowy element zaskoczenia.

Co do minusów. Strasznie irytowała mnie matka głównej bohaterki. Kobieta bardzo wykształcona, lekarz, aczkolwiek tak mało życiowa, tak wyosobniona i wręcz nieludzka, że aż ciężko uwierzyć, że ktoś taki mógłby istnieć w rzeczywistości.. Trudno mi było wyobrazić sobie tak zimną i wyrachowaną matkę. Zupełnie nie rozumiem z jakiego powodu autorka pokusiła się na opisywanie takiej dziwacznej postaci. Według mnie nie wnosi nic do całej historii.

Jak nie trudno się domyślić, Wilczyce to nie tylko nazwa wsi, w której mieszkają dziadkowie Natalii. Wilczycami są także kobiety o niezłomnym, walecznym charakterze, które dźwigają na swym barkach odpowiedzialność za błędy popełnione w przeszłości. Co ważne, są to błędy popełnione przez ich najbliższych. Ludzi, których najbardziej kochają.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Agora

2.04.2013

"Biologiczne mechanizmy zachowania się ludzi i zwierząt" Bogdan Sadowski


Każdy biolog wie, że na nasze zachowanie ma wpływ przede wszystkim szereg substancji chemicznych, procesów fizycznych oraz współdziałania szlaków molekularnych w naszym organizmie. Mimo, że jestem absolwentką Uniwersytetu Medycznego i z końcem roku zostanę także (mam nadzieję) magistrem biologii, to złożoność ludzkiego ciała nie przestanie mnie zadziwiać.


Wydawnictwo Naukowe PWN w jednej ze swoich  książek przedstawia nam zawiły, momentami trudny do zrozumienia, a jednak fascynujący świat leżący u podłoża ludzkiego zachowania. Publikacja zaczyna się od  rozdziału "Zachowanie jako przedmiot badań", gdzie autor opisuje czym jest ta gałąź nauki i jakimi metodami bada się ją na co dzień. Duży nacisk położony jest na metody badań czynności mózgu, co najbardziej mnie interesuje. Swoją pracę magisterską poświęciłam bowiem badaniu oscylacji mózgowej metodą EEG u anestetyzowanych szczurów.

Kolejne rozdziały przynoszą nam wiedzę na temat wpływu genetyki i dziedziczenia na zachowanie zwierząt i ludzi. Jestem nastawiona bardzo sceptycznie do przywiązywania tak dużej roli do "dziedziczenia określonych zachowań", chociaż nie można podważyć faktu, że chcąc, nie chcąc dziedzicznymi w genach nie tylko cechy fizyczne, jak kolor oczu czy budowę ciała, ale i określone zachowania. Ja niestety odziedziczyłam same wady, dolegliwości i trudne do zniesienia cechy charakteru.

Najlepiej oceniam jednak te rozdziały, które traktują o naszych zmysłach. W jaki sposób odbieramy bodźce bólowe i jakie substancje są za niego odpowiedzialne? W jaki sposób powstaje obraz na naszej siatkówce i czym charakteryzują się najpowszechniejsze wady wzroku? Czym uwarunkowane jest nasze agresywne, obronne zachowanie, a jak pracuje nasz mózg podczas snu? Tych wszystkich wspaniałych i zadziwiających rzeczy dowiecie się, czytając tę książkę.

Z pewnością wszystkich zainteresuje także fragment poświęcony procesowi uczenia się. Niby wszyscy wiemy, iż najważniejsza jest systematyczność i częste powtarzanie materiału. Ale wiecie dlaczego? Za wszystko odpowiedzialne są mechanizmy zwane LTP oraz LTD. Co oznaczają te skróty? Ja już wiem, teraz Wasza kolej :)

Za egzemplarz dziękuje Wydawnictwu PWN

2.01.2013

"Muminki. Księga druga" Tove Jansson


Jakiś czas temu pisałam o pierwszym tomie przygód Muminków. Chyba każdy z nas zna te postaci doskonale. Zgryźliwa i buńczuczna Mała Mi, romantyczna i naiwna Panna Migotka, czy też enigmatyczna postać Włóczykija bawią mnie od lat 90-tych. Druga część przygód sympatycznych stworzeń wraz z poprzednim tomem, tworzy piękny, kolekcjonerski lub prezentowy komplet, wydany w twardej oprawie.  



Całość stanowi 523 strony wzbogacone o piękne ilustracje autorstwa pani Jansson. W drugim tomie znajdują się 4 długie opowiastki, wydane wcześniej w osobnych książeczkach. Są to: "Pamiętnik Tatusia Muminka", "Opowiadania z Doliny Muminków", "Tatuś Muminka i morze" i "Dolina Muminków w listopadzie". Ciężko mi zdecydować się na jedną, która szczególnie przypadła mi do gustu. Jednak od zawsze zastanawiała mnie postać tatusia Muminka. Jest to stereotypowy samiec z duszą chłopca marzącego o bezkresnych i niebezpiecznych przygodach. Jako typowy przedstawiciel płci męskiej nie ciągnie go do wypełnienia domowych obowiązków i w tej kwestii zawsze liczy na swą żonę (nigdy nie pozbędę się tego pierwiastka feminizmu z mojego umysłu). Zaryzykowałabym stwierdzenie, że jest trochę ciapowaty i niezdarny. Pisarz ten, ukazywany jest przez autorkę jako samotnik, wiecznie zamknięty we własnej pracowni na strychu, zatopiony w myślach. W końcu Jansson postanawia dodać postaci nieco charakteru i w tatuś Muminka ma swoje 5 minut realizując swe marzenia. Jednak nie będę zdradzała Wam, jakie niebezpieczeństwa i niespodzianki napotkał na swoje drodze. Przekonajcie się sami.

Wiele inspiracji czerpię z postaci Małej Mi, a dokładnie z jej niecodziennego charakteru. Gdy byłam młodsza nie dostrzegałam tego w ten sposób. Teraz wiem, że to kobietka silna, odważna, dla której nie ma rzeczy niemożliwych. "Ja nie dam rady? No to patrz!"

Uwielbiam Muminki i mimo dorosłego wieku, wracam do nich bardzo często. Są ponadczasowe, uniwersalne i ukazują tak beztroskie i sielankowe życie, że nie trudno zatracić się w tych opowiastkach na dobre. Jestem pewna, że za wiele lat przygody przesympatycznych Muminków, będą równie poczytne i popularne jak kiedyś i teraz.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Nasza Księgarnia

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...